20.08.2014

Ministerstwo Prawdy SI



Studenci Wydziału Filozofii Towarzystwa Jezusowego w Zagrzebiu w Chorwacji odnieśli niewielkie, ale godne wspomnienia zwycięstwo w walce o prawdę historyczną i cześć jednego z katolickich błogosławionych. Historia miała miejsce w maju br. W kaplicy uczelni zawieszono portret bł. Iwana Merza (1896-1928) – doktora filozofii, absolwenta uniwersytetów w Wiedniu, Paryżu i Zagrzebiu, wychowawcy młodzieży, założyciela Związku Orła Chorwackiego, promotora Akcji Katolickiej, człowieka, który niestrudzenie działał na rzecz pogłębienia życia sakramentalnego i liturgicznego świeckich i zdecydowanie opowiadał się za zachowaniem języka łacińskiego w obrzędach Mszy (w Chorwacji, ze względu na obecność rytu głagolickiego na południu kraju, kwestii języka liturgicznego zawsze towarzyszyły pewne napięcia). Oczywiście to nie postać błogosławionego wzbudziła wątpliwości, ale sposób jej przedstawienia. Iwan Merz został sportretowany tak, jak na jednej z fotografii z czasów studenckich, ale autor obrazu oprócz nimbu domalował również dłonie, w których błogosławiony, człowiek świecki, trzyma Ciało Pańskie, i to tak, jakby w ten właśnie sposób przyjmował Komunię Świętą. Część studentów głośno zaprotestowała przeciwko tego typu nowinkarskiej propagandzie wykorzystującej postać błogosławionego, a w Internecie szybko pojawiły się zachowane fotografie Iwana Merza przyjmującego Komunię – oczywiście nabożnie, klęcząc i do ust. Niedługo władze uczelni ustąpiły i bluźnierczy portret zastąpiły zgodnym z kanonem obrazem św. Ignacego Loyoli. Zatem warto protestować. Niestety, co stało się z portretem bł. Iwana, czy zostanie przemalowany i zajmie godne miejsce, nic mi nie wiadomo. 

Jakub Pytel 


16.08.2014

Bł. Jan Henryk kard. Newman: „Religijne tchórzostwo”


Zamieszczam w blogu kazanie Jana Henryka Newmana, by uczcić 124 rocznicę jego narodzin dla nieba (kardynał zmarł 11 sierpnia 1890 r.). Błogosławiony przygotował je na święto św. Marka Apostoła i Ewangelisty, ale nie chcę czekać z publikacją aż do kwietnia, bo w tych dniach, gdy z perspektywy sytego i mimo wszystko bezpiecznego Zachodu możemy przyglądać się męczeństwu chrześcijan na Bliskim Wschodzie, nabiera ono szczególnej aktualności. 


Wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana! (Hbr 12, 12)

Oto główne wydarzenia z biografii św. Marka: po pierwsze, był siostrzeńcem Barnaby i wraz z nim oraz św. Pawłem wyruszył w pierwszą podróż apostolską, by zaraz potem ich opuścić i powrócić do Jerozolimy. Po jakimś jednak czasie został w Rzymie pomocnikiem św. Piotra, gdzie, opierając się przede wszystkim na przekazach tego Apostoła, spisał swoją Ewangelię. A w końcu, wysłany przez Piotra do Aleksandrii w Egipcie, założył tam jeden z najbardziej rygorystycznych i potężnych kościołów pierwszych wieków.

Widzimy zatem dwie skrajności w życiu Marka: najpierw, gdy tylko pojawiło się niebezpieczeństwo, porzucił sprawę Ewangelii, a następnie nie tylko sprawdził się jako zwykły chrześcijanin, lecz okazał się także bardzo sumiennym i skrupulatnym sługą Bożym - jako założyciel i rządca najsurowszego kościoła aleksandryjskiego. Można sądzić, że zmiana ta dokonała się pod wpływem św. Piotra, który, jak przystało, nawrócił tchórzliwego i upadającego ucznia.

Wydarzenia z życia św. Marka są dla nas zachętą i pociechą, pokazują bowiem, że dzięki łasce Bożej najsłabsi spośród nas stają się silni. Zarazem jednak historia Ewangelisty niesie dla nas ostrzeżenie, byśmy nie byli zadufani w sobie; byśmy nie pogardzali słabszymi braćmi ani też nie tracili co do nich nadziei, lecz żebyśmy nieśli ich ciężary; żebyśmy pomogli im iść naprzód i podźwignęli ich z upadku, jeżeli zajdzie taka potrzeba. A teraz  zajmijmy się zagadnieniem, które jest przedmiotem dzisiejszych rozważań.

Niektórzy ludzie są z natury porywczy i aktywni, inni zaś kochają spokój i łatwo się poddają. Otóż nadgorliwi muszą otrzeźwieć, a leniwych trzeba pobudzić do działania. Weźmy na przykład Mojżesza – jego historia ukazuje nam człowieka dumnego i gwałtownego, który jednak nauczył się nad sobą panować i stał się niezwykle łagodny. Wielkość przemiany jaka się w nim dokonała, gdy ze straszliwego – choć zarazem uczciwego – mściciela swoich braci stał się najłagodniejszym człowiekiem na ziemi, poświadcza potęgę wiary i wpływu, jaki Duch Święty wywiera na [ludzkie] serce.

Historia św. Marka dostarcza przykładu innej, rzadszej przemiany, kiedy to miejsce strachu zajmuje odwaga. A chociaż trudno okiełznać co bardziej gwałtowne namiętności, to jestem  przekonany, że jeszcze trudniej przezwyciężyć skłonność do lenistwa, tchórzostwa i małoduszności. Złe te skłonności przyczepiają się do człowieka i ciągną go w dół. Są to niewidzialne łańcuchy, które ze wszystkich stron przykuwają go do ziemi – tak, że ani nie może się obrócić, ani uczynić wysiłku, by powstać. Wydaje się zatem, że leniwym umysłom dobre zasady trzeba dopiero zaszczepić, podczas gdy charaktery gwałtowne i uparte posiadają już coś ze stałości i gorliwości – czy może raczej coś, co dzięki odpowiedniej trosce i z Bożym błogosławieństwem rozwinie się w stałość i gorliwość. Poza tym wydarzenia życia wywierają potężny wpływ uspokajający i trzeźwiący na charaktery gorliwe i nazbyt pewne siebie. Rozczarowania, ból, troska, niepokój, starzenie się zwykłą koleją losu przynoszą ze sobą pewną naturalną mądrość. A chociaż taka spóźniona poprawa świadczy o słabej wierze, to jednak możemy ufać, że Duch Święty często błogosławi tego rodzaju środki – aczkolwiek niespiesznie i w sposób niezauważalny. Z drugiej strony te same czynniki jedynie wzmacniają braki i wady u chwiejnych i bojaźliwych, którzy z biegiem lat stają się jeszcze bardziej leniwi, egoistyczni i tchórzliwi, znajdując swego rodzaju usprawiedliwienie dla swojej złej ostrożności w doświadczeniach zmienności fortuny.
  
Dlatego też przemianę, jaka dokonała się u św. Marka, uznać można za w swej istocie jeszcze bardziej zadziwiającą niż ta, której uległ Prawodawca Żydów. Oto wiara uczyniła słabego człowieka mocnym, a on sam stał się przykładem przypominającym o jeszcze wspanialszych i cudowniejszych darach ostatniego, duchowego Przymierza.

Zastanówcie się, w czym tkwiła słabość św. Marka. Obserwuje się coś takiego, jak nagła dezercja spowodowana nadmierną pewnością siebie. Jej przykładem może być św. Piotr, który nazbyt ufał swoim emocjom i dobrym chęciom: był uczciwy i szczery i zdawało mu się, że może zrobić, co zechce. A jednak jak daleko od siebie leżą chęci i uczynki! – a przecież mamy skłonność, aby je ze sobą mylić. Oczywiście, niekiedy gorące pragnienie potrafi mocą nagłego porywu przezwyciężyć trudności i osiągnąć zamierzony cel mimo braku doświadczenia. Nie ulega wątpliwości, że entuzjazm czyni cuda: przecież nawet ludzie słabej kondycji w sytuacji skrajnego pobudzenia mogą zadawać ciosy o niebywałej sile. Czasami zapał pobudza nas do wysiłku, a gdy w ten sposób pierwsze przeszkody zostaną usunięte, nasze działania biegną utartym torem przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy. Od czasu do czasu jesteśmy świadkami tego rodzaju sytuacji i zaczynamy mieć wrażenie (choć niepodparte naszym własnym doświadczeniem), że energiczny temperament stanowi warunek powodzenia w każdym działaniu. A kiedy w samotności wyobrażamy sobie, jak to trudzimy się, biorąc udział w jakimś wielkim przedsięwzięciu, lub też gdy widzimy, jak inni rzeczywiście postępują mężnie i uczciwie, heroizm wydaje się nam czymś tak łatwym, że nie dopuszczamy myśli, że możemy upaść, jeżeli okoliczności postawią nas przed jakimś trudnym zadaniem. Św. Piotrowi zdawało się, że może wytrwać w dobrym, dlatego że chciał wytrwać. Upadł, ponieważ nie zdawał sobie sprawy, jak trudne jest to, czego pragnął.
  
W życiu św. Marka nie znajdujemy jednak dowodów na to, że był zadufany w sobie. Tę nadmierną pewność siebie możemy natomiast zaobserwować u tak bardzo licznych ludzi żyjących współcześnie. Ludziom tym towarzyszą w życiu pewne wyobrażenia religijne: otrzymali dobre wychowanie, znają Prawdę, zachowują się godnie i przyzwoicie, dopóki niebezpieczeństwo jest daleko. Kiedy jednak pojawią się jakieś nieoczekiwane próby, wówczas kompromitują swoją religię. Matka Marka cieszyła się pewnym wpływem wśród chrześcijan jerozolimskich, a jej brat, Barnaba, był wybitnym apostołem. Nie ulega wątpliwości, że Marek został wychowany religijnie, a że przyjaźnił się z Apostołami i żył w samym centrum czystego Kościoła Chrystusowego, więc mógł oglądać najlepsze przykłady świętości, słuchać najczystszej nauki, być świadkiem najpełniejszego działania łaski i żył chroniony przed pokusami. Wreszcie nadszedł czas próby, kiedy miało się okazać, ile warta była jego wiara i posłuszeństwo. Paweł i Barnaba zostali wysłani, by głosić Ewangelię poganom. Zabrali ze sobą Marka w roli pomocnika. Najpierw popłynęli na Cypr, skąd pochodził Barnaba: opłynęli wyspę, a następnie udali się w kierunku stałego lądu. Jak się wydaje, była to ich pierwsza podróż do nieznanego kraju. Perspektywa niebezpieczeństw zniechęciła jednak Marka, który powrócił do Jerozolimy.

Któż jednak nie dostrzega, że taki charakter, że tego rodzaju próby i taki upadek należą do innych epok – oprócz czasów apostolskich? Albo może postawmy sobie to pytanie bardziej konkretnie: któż zaprzeczy, że mamy dziś w Kościele rzesze wiernych, którzy w swoim wnętrzu nie znajdują nic, co by wyrastało ponad bierną wiarę i cnotę? – a przecież, jak pokazuje przypadek św. Marka, okazały one się tak bardzo niewystarczające w obliczu nawet niewielkich przeciwności! Któż w czasach takich jak nasze, gdy siła i wytrwałość chrześcijan rzadko poddawane są próbie, nie żywi w swoim sercu wątpliwości, czy, jego własna lojalność wobec sprawy Zbawiciela nie okazałaby się przypadkiem równie słaba i niestała jak wiara siostrzeńca wielkiego Apostoła? Kiedy Kościół zażywa pokoju – jak to od dawna ma miejsce w tym kraju, kiedy społeczeństwo zachowuje porządek publiczny i chroni prawa tyczące osób i własności, zachodzi bardzo poważne niebezpieczeństwo, że osądzać siebie będziemy według tego co zewnętrzne, a nie tego co wewnątrz nas. Bycie chrześcijaninem jest dla nas czymś oczywistym: dobrze nas wychowano i stale pamiętamy o chrześcijańskich zasadach. Ale, jakkolwiek wielkim przywilejem i obowiązkiem jest wykorzystywać środki łaski, czytanie i modlitwa nie wystarczą: nigdy same z siebie nie zrobią z nas prawdziwych chrześcijan. Dadzą nam prawdziwą wiedzę i wzbudzą dobre uczucia, ale nie przyniosą nam ani mocnej wiary, ani wytrwałego posłuszeństwa. W prosperującym Kościele znajdzie się wielu chrześcijan pokroju Marka – zupełnie nieprzygotowanych na trudności, gdyby te miały nadejść. Ludzie ci od dawna przywykli do zewnętrznego spokoju i nie lubią, gdy im przypominać, że niebezpieczeństwo jest blisko. Mają w zwyczaju wyobrażać sobie, że będą żyli i umrą w pokoju. Patrzą na wydarzenia w świecie i mówią o nich z pogodą ducha, samych siebie oszukując. Wreszcie, by spełniły się ich przewidywania i aby uczynić zadość własnym życzeniom, idą na ustępstwa i poświęcają sprawę chrześcijaństwa, żeby niewierzący nie mogli przypuścić na nie otwartego ataku. Niektórzy z nich to ludzie wykształceni i o wyrafinowanych upodobaniach. Tacy cofają się przed niespokojnym życiem pielgrzymów, do którego zostali powołani, jak przed czymś dziwnym, obcym i nierozumnym. Tych, którzy przyjmują mniej skomplikowany pogląd na temat obowiązków i perspektyw Kościoła, uważają za lekkomyślnych i nieopanowanych entuzjastów lub za ludzi upartych i przekornych. By ująć rzecz prostym językiem – znoszenie prześladowań nie jest, jak to się mówi, ich żywiołem, nie są w stanie w nim oddychać. Niestety, jakże odmienna to postawa od postawy Apostoła, który nauczył się, jak być zadowolonym w każdej możliwej sytuacji, w jakiej się znalazł, i który stał się wszystkim dla wszystkich. Co zatem możemy zrobić, jeżeli przychodzą chwile, gdy czujemy, iż długi czas bezpieczeństwa uczynił nas ospałymi i leniwymi, i że wiedzeni pokusą wolimy skarby Egiptu od nagany Chrystusa? Co powinniśmy zrobić – jak nie prosić Boga, aby zechciał w ten czy inny sposób wypróbować serce Kościoła; by dotknął nas cierpieniem w tym świecie, a nie po śmierci? A chociaż straszliwa jest wizja tymczasowego tryumfu szatana i chociaż przerażająco dudnią kopyta koni jego jeźdźców, i chociaż ohydna jest sprawa, za którą walczą, to lepiej przecież, aby spadło na nas tego rodzaju nieszczęście, niż by zakątki naszego dziedzictwa stały się kryjówkami ducha pobłażliwości [dla grzechu] i siedzibami szkoły letniości. Wolę, aby Bóg powstał i straszliwie wstrząsnął ziemią (chociaż przerażająca to modlitwa), niż aby pośród nas ukrywali się hipokryci, a dusze szły na zatracenie przez teraźniejsze łatwe, spokojne i beztroskie życie! Niechaj powstanie Pan i, jeżeli nie ma innej możliwości, niech oczyści nas poprzez swoją słodką dyscyplinę – na ile nasze serca są w stanie to udźwignąć. Niechaj ujawni nasze grzechy w tym świecie, abyśmy nie zostali potępieni w Dniu  Sądu. Niech zawstydzi nas tutaj i zgani poprzez usta sług swoich; niech przywróci nam łaskę i poprowadzi nas lepszą drogą do prawdziwszej, świętszej nadziei! Niechaj przesieje nas, aż odpadną wszystkie plewy! I chociaż błagając Go o to, nie wiemy, o co prosimy, to przecież czujemy, że cel jako taki jest dobry, lecz nie umiemy właściwie ocenić, jak straszna będzie kara oczyszczająca, o której z taką łatwością rozprawiamy. Niewątpliwie nie jesteśmy w stanie ogarnąć i zgłębić przerażających sądów Bożych – nasze słowa są po prostu tanie. A jednak posługiwanie się nimi nie może być czymś złym, skoro są najlepszą ofiarą, jaką jesteśmy w stanie złożyć Bogu, błagając Go, aby nas prowadził i aby dał nam siłę na miarę prób i trudności, których doświadczamy. Wydajmy więc spośród siebie nauczycieli Ewangelii dla bojaźliwych dezerterów, którzy porzucili sprawę prawdy. Głośmy słowa Chrystusa, powstawajmy umocnieni naszymi cierpieniami i budujmy Kościół wierny, surowy i gorliwy – Kościół tych, którzy gardzą tym światem, ceniąc go o tyle, o ile prowadzi do świata innego.

W końcu, nie dopuśćmy do tego, byśmy dla wybujałej wyobraźni i z powodu próżnej tęsknoty za odległą przeszłością zapomnieli o dobrych aspektach obecnej rzeczywistości, w której żyjemy. Nie potrzebujemy znosić trudności, z którymi zmagali się Apostołowie, aby posiąść ich wiarę. Nawet w najspokojniejszych czasach możemy osiągnąć wielką świętość, jeżeli udoskonalimy te środki, jakie nam dano. Próby pojawiają się wówczas, gdy zapominamy o otrzymanych łaskach — aby nam o nich przypomnieć i żeby nas nauczyć jak powinniśmy się nimi cieszyć i właściwie wykorzystać.

(John Henry Newman, „Religious Cowardice” w Parochial and Plain Sermons, t.2, London 1908, s.175 – 182., tłum. Paweł K. Długosz)

12.08.2014

René Lefebvre i „polski obóz koncentracyjny”



Słońsk koło Kostrzyna nad Odrą – dawny niemiecki Sonnenburg. W tym miasteczku od lat 30 XIX w. funkcjonowało pruskie ciężkie więzienie, gdzie wyroki odbywali m.in. Karol Libelt i syn gen. Jana Henryka Dąbrowskiego – Bronisław. W 1930 r. więzienie zamknięto ze względu na katastrofalne warunki sanitarne, jednak już trzy lata później, po wyborczym zwycięstwie Adolfa Hitlera i dojściu do władzy Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników w jego murach zorganizowano obóz koncentracyjny (tzw. „wczesny” lub „dziki”), w którym narodowi socjaliści osadzali przeciwników politycznych – głównie komunistów i pacyfistów. Obóz funkcjonował przez rok, później znów było tam więzienie kryminalne, które podczas II wojny światowej zostało przekształcone w „placówkę specjalnego przeznaczenia”, gdzie przetrzymywano członków ruchu oporu z krajów okupowanych przez Rzeszę Niemiecką. W 1942 r. do Sonnenburga trafił René Lefebvre – członek francuskiego podziemia, ojciec ks. Marcelego Lefebvre’a, późniejszego arcybiskupa i założyciela Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. W marcu 1944 r., na dziesięć miesięcy przed zajęciem miasteczka przez Sowietów, Lefebvre zmarł na skutek chorób i wycieńczenia organizmu spowodowanego niewolniczą pracą.

W 2012 r. ukazał się film dokumentalny pt. „Arcybiskup Lefebvre – biskup podczas burzy” oparty na biografii pióra bp. Bernarda Tissier de Mallerais’go. Autor książki, której polski przekład ukazał się dwa lata wcześniej, napisał że René Lefebvre dokonał żywota w obozie w Sonnenburgu, ale nie wspomniał, że to miasteczko leży obecnie na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej i nosi nazwę Słońsk. Czy powinien był tak zrobić? Z punktu widzenia polskich wiernych związanych z FSSPX jest to cenna informacja, ale z perspektywy całości publikacji niewiele wnosząca – w końcu Sonnenburg był miastem niemieckim, obóz został stworzony przez Niemców dla ich wrogów, Lefebvre’a na śmierć skazali Niemcy, a on sam nie doczekał ani wyzwolenia, ani tym bardziej objęcia tych ziem przez polską administrację. To „zaniedbanie” autora biografii „naprawili” twórcy filmu. Oto w jego czwartej minucie można zobaczyć Josepha Lefebvre’a opowiadającego o działalności ojca w ruchu oporu i o tym, że po aresztowaniu został on przetransportowany do obozu koncentracyjnego w Sonnenburgu – chwilę później francuski lektor informuje, że Rene Lefebvre „umarł w polskim obozie w Sonnenburgu 4 marca 1944 r.”. 

Sformułowanie „polskie obozy (koncentracyjne)” powinno budzić sprzeciw. I na szczęście budzi. I to coraz większy, bo ze skrótu myślowego – pojęcie „polish death camp” po raz pierwszy zostało użyte w 1944 r. w napisanym w bardzo życzliwym tonie artykule o Janie Karskim opublikowanym w amerykańskim magazynie Collier’s – przerodziło się w doskonałe narzędzie kłamliwej polityki historycznej i antypolskiej propagandy (w niemieckiej prasie można było spotkać określenia w rodzaju „polnische Häuser des Todes”, „polnische Vernichtungslager”, „polnische Vernichtungslager Sobibor und Treblinka”). Ale taki sprzeciw nie może być bezrozumny i histeryczny. Tymczasem w związku z filmem o abp. Lefebvrze w Internecie już odezwały się głosy, że rzecz została zamierzona, bo zachodnioeuropejscy katoliccy tradycjonaliści – wszyscy bez wyjątku, nie tylko Niemcy – są polakożercami, cichymi wielbicielami nazizmu i w ogóle wrogami „bękarta traktatu wersalskiego” – Polski. 

Goethe napisał, że „nieporozumienia i zaniedbania więcej powodują zamieszania w świecie niż podstępy i złośliwość”, a Hanlon przekształcił te słowa w bardziej dosadną naukową regułę metodologiczną, która brzmi: „Nigdy nie przypisuj złej woli temu, co można wystarczająco wyjaśnić głupotą”. Akurat ostatnią rzeczą potrzebną Bractwu Kapłańskiemu Świętego Piusa X jest angażowanie się w podobne kontrowersje natury historycznej, czego dowodzi burza, która nastąpiła po wywiadzie bp. Richarda Williamsona, niegdyś członka FSSPX, który zakwestionował skalę niemieckich zbrodni z czasów II wojny światowej. Skoro tak, to trudno przypuszczać, by słowa o „polskim obozie” zostały zastosowane celowo i ze świadomością, że mogą urazić wiernych w kraju, w którym misja piusowców rozwija się stosunkowo dynamicznie, a kapłani Bractwa cieszą się szacunkiem i sympatią.

Autorem komentarza do filmu jest młody francuski historyk Kościoła Jacques-Regis du Cray, który dotąd nie dał powodów, by móc go oskarżyć o niechęć do Polski i Polaków. Podobnie trudno dopatrywać się antypolonizmu u ks. Jeana-Marca Ledermanna, konsultanta historycznego tej produkcji. Owszem, po czymś takim można zarzucić im bezrefleksyjność jeśli nie ignorancję, ale podobną wykazali się tłumacze wersji angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i portugalskiej – czy wszystkich ich oskarżymy o antypolonizm? Jedynie Niemcy, którzy mogliby chcieć oczyścić swój naród z winy, wykazali się uczciwością i w swoim przekładzie, gdy była mowa o obozie koncentracyjnym, pominęli przymiotnik „polski”. Co ciekawe w naszej wersji językowej obóz określony został mianem „niemieckiego”, co jest zgodne z prawdą historyczną, ale nie z wersją oryginalną. Zatem warto byłoby zapytać Wojtka Golonkę (dr. Wojciecha Golonkę?), autora polskiego przekładu, czy zadał sobie trud, żeby zwrócić uwagę pana du Cray na określenie, które nawet jeśli zostało użyte bez złych intencji, pozostaje skandaliczne i obraźliwe.

Jakub Pytel

25.07.2014

Felietonistka Frondy pomawia irackich chrześcijan


W ubiegłym roku w portalu Fronda.pl ukazały się trzy moje polemiki dotyczące publikowanych tam tekstów; obecnie nie mam już takiej możliwości, co, jak sądzę, jest pokłosiem coraz mniejszej odporności redakcji na krytykę (objawia się to m.in. blokadą kont użytkowników). Czasami jednak trudno milczeć i nie „pisać wątrobą”, bo poziom zgłupienia dziennikarzy portalu poświeconego po prostu przeraża. 23 lipca br. w dziale „Opinie” pojawił się tekst red. Marii Patynowskiej zatytułowany „A ja się założę że są chrześcijaniew Mosulu”, w którym autorka oburza się na światowe media, które informują, że w stolicy muhafazy Niniwa nie ma już wyznawców Chrystusa, że wszystkie chrześcijańskie rodziny opuściły to miasto pod presją terrorystów z organizacji Islamskie Państwo w Iraku.

Patynowskiej nie mieści się w głowie, by tak mogło być, bo jej zdaniem oznaczałoby to, że chrześcijanie po prostu stchórzyli; autorka pisze:

Aż nie chce mi się w to wierzyć, żeby społeczność tak doświadczona w znoszeniu prześladowań jak chrześcijanie w Iraku, stuprocentowo by się przestraszyła i stuprocentowo opuściła ziemie, na których wyznaje wiarę Chrystusowa od czasów apostolskich. Nie uciekli przy okazji wszystkich innych fal islamizacji i nagle na jakieś ultimatum by stchórzyli (wszystkie cytaty przytaczam w brzmieniu oryginalnym – JP).

Patynowska gołosłownie podważa świadectwo ks. Sizara Majeeda, duszpasterza chaldejskiej wspólnoty w Stuttgarcie, który taką informację przekazał Katholische Nachrichten-Agentur. Felietonistka Frondy do oskarżenia o dezinformację dokłada jeszcze pomówienie o tchórzostwo:

I co realnego ten ksiądz ze Szttgartu może wiedzieć o żywotności Kościoła w Mosulu? – pyta autorka tekstu. – Może w Stuttgarcie wszyscy trzęsą portkami, ale w Mosulu?”

Oczywiście przyjmuję, że zatrważająca bigoteria i prostactwo red. Patynowskiej podszyte są dobrymi intencjami, ale niestety, jej tekst jest przede wszystkim świadectwem absolutnej, zupełnej, bezgranicznej wprost ignorancji, gdy chodzi o wiedzę na temat stosunku muzułmanów do chrześcijan, prawa islamskiego, uwarunkowań historycznych i dzisiejszej sytuacji, w jakiej znaleźli się chrześcijanie w Iraku. Patynowska pisze dalej:

Czyli były trzy opcje: 1. Islam, 2. Śmierć, 3. Zapłacenie podatku. I co, i nikt nie wybrał tej trzeciej opcji? Podatku? Wiara w Pana Jezusa na własnej ziemi nie jest warta opłaty pieniężnej? Nikt nie chciał tego podatku, nawet jeżeli wysoki, za wolność wyznania? Jeżeli faktycznie ich wiara była tyle warta, to ja dziękuję za opowiadanie mi bajek o niezłomności chrześcijan wschodnich obrządków. Po prostu jeżeli jest to prawda, to ma miejsce wielki chichot szatana”.

Dziennikarka Frondy zapewne nie ma bladego pojęcia o tym, jaką nędzę cierpią chrześcijanie w zrujnowanym przez wojny Iraku i nie wie, że zarówno dżizja jak haradż, czyli podatki osobiste i gruntowe nakładane na chrześcijan pod władzą muzułmańską, są uznaniowe i w odróżnieniu od zakatu, czyli podatku, który zobowiązani są uiszczać muzułmanie, w różnych okresach historycznych stanowiły narzędzie faktycznego zniewolenia „niewiernych” doprowadzając ich do ruiny i konieczności oddania się w niewolę. A według mediów dżizja nałożona na chrześcijan w Mosulu (i tak już wcześniej obrabowanych) to 250 dolarów od głowy, co przy przeciętnej wielkości rodzinie daje kwotę od 1500 do 2000 dolarów – dla przeciętnego mieszkańca Iraku jest to suma ogromna, a jej zapłacenie i tak w warunkach wojny niczego nie gwarantuje.

Patynowska dziwi się, że chrześcijanie „nie uciekli podczas wszystkich innych fal islamizacji”, bo nie wie, że po prostu nie wolno było im tego uczynić, że islamscy władcy nie mieli zamiaru pozbywać się najbardziej dochodowych podatników (zakat pobierany od muzułmanów to zaledwie 2,5% wartości majątku) – chrześcijańscy poddani w krajach muzułmańskich, gdy zbiegli na ziemie niewiernych, traktowani byli jak apostaci, z tą tylko różnicą, że w przypadku pojmania można było im darować życie po to, by wziąć ich w niewolę.

Autorka tekstu – syta i bezpieczna mieszkanka Europy, ma także kilka praktycznych porad dla chrześcijan na Bliskim Wschodzie:

„Ukrywanie się – pisze Patynowska – wyznawanie wiary w swoim sercu, czasowa emigracja, Kościół w konspiracji itd. My Polacy mamy to z zaborcami i inną komuną przećwiczone, co się wówczas robi”.

I na koniec dodaje:

„W Oświęcimiu dawało radę Msze Święte odprawiać i na Kołymie się dało to i w Mosulu się da”.

Powyższe słowa nie wymagają komentarza, lecz raczej modlitwy o powrót do rozumu.

Jakub Pytel 

21.07.2014

O rzeczywistych przyczynach wizytacji apostolskiej w Paragwaju



Niedawno minął rok od chwili, gdy papież Franciszek faktycznie zabronił członkom Zgromadzenia Braci Franciszkanów Niepokalanej celebrowania Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim, w ten sposób dokonując pierwszego tak poważnego wyłomu w dziedzinie stosowania zapisów Motu Proprio Summorum Pontificum. Dla zgromadzenia oskarżanego o próby podważania magisterium II Soboru Watykańskiego i „kryptolefebryzm” ustanowiono również komisarza apostolskiego w osobie o. Fidenzio Volpiego OFM Cap., zabroniono udzielania święceń, rozwiązano seminarium, wprowadzono zakaz publikacji itd. Restrykcje nie ominęły Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej – w ich wspólnocie odbywa się wizytacja apostolska, której skutki wydają się być łatwe do przewidzenia, bo wizytatorką jest s. Fernanda Barbiero, doroteuszka należąca do ekumenicznego i feministycznego zrzeszenia teolożek Coordinamento Theologe Italiane.

Decyzje Ojca Świętego i jego pełnomocników spotkały się licznymi protestami katolickich tradycjonalistów, którzy zaczęli dostrzegać narastającą groźbę odebrania im praw zagwarantowanych za czasów pontyfikatu papieża Benedykta XVI. W związku z tym, gdy tylko publicznie ogłoszono, że papież Franciszek zarządził wizytację kanoniczną w paragwajskiej diecezji Ciudad del Este, wielu publicystów uznało, że jest to kolejny cios wymierzony w konserwatystów w Kościele katolickim. Trzeba bowiem wiedzieć, że diecezja, której ordynariuszem jest związany z Opus Dei bp Rogelio Ricardo Livieres Plano jest jedną z tych w Ameryce Południowej najmniej dotkniętych nowinkami, słabo zinfiltrowaną przez sekty ewangelikalne (98% ludności to katolicy), w której wciąż panuje tradycyjny model pobożności (niemal w każdej parafii odprawiana jest Msza trydencka) i która jako jedyna w regionie może poszczycić się dużą liczbą powołań – w 2004 r., gdy bp Livieres Plano rozpoczynał urzędowanie, w diecezji posługiwało 70 kapłanów zakonnych i zaledwie 12 diecezjalnych, tymczasem dziś w miejscowym seminarium formację odbywa 250 kandydatów do święceń.

W serwisach i na forach internetowych pojawiły się przypuszczenia, że za decyzją o wizytacji apostolskiej w Ciudad del Este stoją ordynariusze pozostałych 11 paragwajskich diecezji, a także inni południowoamerykańscy hierarchowie, którzy z zazdrością spoglądają na sukcesy duszpasterskie bp. Livieresa, ale nie myślą go naśladować, bo są zwolennikami katolicyzmu „postępowego” i tzw. teologii wyzwolenia. Można nawet spotkać opinie, że decyzja o wizytacji jest efektem osobistej, zadawnionej urazy kard. Bergoglio do bp. Livieresa, ale próżno szukać na to jakichś dowodów. Ci, którzy stają w obronie papieskiej decyzji starają się w niej odnaleźć motywację pozytywną – chęć zbadania metod duszpasterskich, które skutkują tak licznymi powołaniami i przeszczepienie ich do diecezji, które cierpią ich niedobór.

Prawda wydaje się nieco inna. Trudno uwierzyć, żeby Ojciec Święty podjął decyzję o wizytacji z samej tylko niechęci do „pelagian” (jak niesprawiedliwie określa katolickich tradycjonalistów), gdyby w diecezji wszystkie sprawy układały się dobrze, jej duchowieństwo było zjednoczone wokół swego biskupa a ten nie był poważnie skonfliktowany z resztą członków episkopatu. Tymczasem stosunki bp. Livieresa z innymi biskupami w regionie są nie tyle chłodne, co wręcz napięte, a jego własne duchowieństwo również ma powody do daleko posuniętej nieufności.

Oto przed dwoma miesiącami ordynariusz Ciudad niespodziewanie i publicznie oskarżył abp. Eustaquio Pastora Cuquejo Vergę, swego metropolitę, o homoseksualizm. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to oskarżenie jest prawdziwe, ale już za czasów pontyfikatu Benedykta XVI przeciwko abp. Cuquejo prowadzone było postępowanie kanoniczne, w wyniku którego w 2011 r. pozbawiono go części uprawnień i wyznaczono mu jako koadiutora bp. Edmundo Ponziano Mellidę. Tak czy inaczej Konferencja Episkopatu zgodnie zażądała od bp. Livieresa przeprosin, a ten żądanie odrzucił.

Pytanie, po co bp. Livieres nagle postanowił wywołać skandal i publicznie przypomniał o całej sprawie? Był to chyba rodzaj ataku wyprzedającego, który miał odsunąć uwagę mediów od jego własnych współpracowników. Otóż bp Livieres przyjął do swojej diecezji ks. Carlosa Urrutigoity’ego – kapłana oskarżonego o praktyki homoseksualne, deprawowanie kleryków i pedofilię, a niedawno uczynił go nawet wikariuszem generalnym; a to nie koniec, bo bliski przyjaciel ks. Urrutigoity’ego, ks. Dominic Carey, został jego zastępcą.

Trudno orzec, co mogło skłonić biskupa do tego typu decyzji, ale trzeba wiedzieć, że ks. Carlos Urrutigoity jest postacią o wielkiej osobistej charyzmie, dzięki której potrafił nie tylko zmylić czujność, ale i przekonać o swojej niewinności wielu wcześniejszych przełożonych. W młodości Urrutigoity wstąpił do prowadzonego przez Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X seminarium duchownego w La Reja w Argentynie. Już wówczas jego zachowanie zaczęło wzbudzać wątpliwości przełożonych i został odesłany „na praktyki” do przeoratu w Kordobie w Argentynie. Nie wrócił już do La Reja – poprosił o możliwość kontynuowania formacji w seminarium piusowców w Winonie w USA. Gdy w 1989 r. podano do wiadomości listę kandydatów do święceń kapłańskich, jego przełożonych z seminarium w Argentynie, ks. Morello, wysłał do bp. Williamsona – rektora seminarium św. Tomasza w USA, poufny list, w którym formułował wobec Urrutigoity’ego oskarżenia o nieobyczajność. Bp Williamson zorganizował konfrontację, lecz oskarżony nie tylko nie przyznał się do winy, ale bardzo sprytnie oświadczył, że świadectwo ks. Morello to prywatna zemsta za to, że jako kleryk nie podzielał jego sedewakantystycznych poglądów (ks. Morello rzeczywiście przejawiał tego typu tendencje, wkrótce opuścił FSSPX, a w 2007 r. przyjął sakrę z rąk sedewakantystycznego biskupa Roberta Neville’a). Urrutigoity uzyskał święcenia i przez dwa lata posługiwał w seminarium w Winonie jako wykładowca i nauczyciel chorału. Wywierał coraz większy wpływ na współpracowników i podopiecznych (wkrótce zyskał przezwisko „Guru-tigoity”). Jego zachowanie nie uszło uwadze przełożonych i kiedy miały zapaść decyzje dotyczące jego przyszłości poprosił bp. Fellaya o zgodę na założenie nowego instytutu – Bractwa Św. Jana. Gdy spotkał się z kategoryczną odmową, porzucił FSSPX i z grupą księży i kleryków osiadł na terenie diecezji Scranton, przekonując jej ordynariusza, bp. Jamesa Timlina, że powodem odejścia była wyłącznie chęć uregulowania statusu kanonicznego. Mimo, że bp Fellay wysłał list, w którym przedstawił przebieg wydarzeń i scharakteryzował tego kapłana jako człowieka niemoralnego i potencjalnego przywódcę sekty, bp Timlin erygował nowy instytut. Do charyzmatów Bractwa Św. Jana (SSJ) miało należeć celebrowanie liturgii w klasycznym rycie rzymskim, odnowa życia kapłańskiego, edukacja i tworzenie małych miast, w których królowałaby prawdziwie katolicka kultura.

Członkowie Bractwa Św. Jana rozpoczęli współpracę z popieranym przez bp. Timlina Bractwem Kapłańskim Świętego Piotra, a wkrótce objęli kierownictwo Akademii Świętego Grzegorza – szkoły średniej dla chłopców założonej przez FSSP w diecezji Scranton. Ks. Urrutigoity i jego współpracownicy wykorzystali sytuację, by móc prowadzić życie dostatnie i amoralne – w niedługim czasie zyskali miano „seksualnych drapieżników”, a w 2002 r. diecezji Scranton wytoczono proces, podczas którego dwaj księża SSJ zostali oskarżeni o molestowanie seksualne. Proces zakończył się ugodą, ale diecezja i petryści po dziś dzień zmagają się z niepozbawionymi podstaw zarzutami o brak dostatecznego nadzoru i narażenie uczniów na niebezpieczeństwo (to nie gospodarze, ale gościnnie przebywający w Akademii franciszkanie jako pierwsi interweniowali w sprawie panujących tam stosunków). W końcu bp. Timlin zdecydował o usunięciu ks. Urrutigoity’ego z szeregów Bractwa Św. Jana, a jego następca, bp Joseph Martino zdecydował o rozwiązaniu stowarzyszenia i ekskardynował jego członków. Księża Urrutigoity i Carey wrócili do Paragwaju, gdzie znów rozpoczęli kościelną karierę, tym razem wkupując się w łaski ordynariusza Ciudad del Este.
 
Krytycy papieskiej decyzji, rzekomo wymierzonej w tradycjonalistów, muszą wiedzieć, że już w 2012 r. redakcja Christian Order, jednego z najbardziej zasłużonych katolickich periodyków o konserwatywnym i tradycyjnym profilu (jego pierwszym redaktorem naczelnym był nieodżałowany ks. Paul Crane SI), apelowała do swoich czytelników o informowanie władz kościelnych o próbach odtworzenia Bractwa Świętego Jana w Paragwaju. Chodziło również o to, żeby uniemożliwić niektórym byłym członkom SSJ zbierania funduszy na ten cel. Nie można też nie wspomnieć, że wspomniany ks. Dominic Carey do niedawna bywał w Anglii jako opiekun paragwajskich kleryków, którzy gościli w tamtejszych klasztorach, aby uczyć się języka (z rozmów z nimi wynikało, że kapłaństwo dla wielu może stanowić sposób na wyjście z nędzy, co stawia pod znakiem zapytania „boom powołaniowy” mający mieć miejsce w diecezji Ciudad del Este i każe zapytać o właściwy cel podobnych wyjazdów).

Papież Franciszek z pewnością nie jest przyjacielem katolickich tradycjonalistów, lecz żeby zatytułować tekst słowami „Wizytacja Watykanu wymierzona w katolicką tradycję? Diecezja jest pełna obaw” – jak to uczynił jeden z portali internetowych – trzeba mieć solidne podstawy. Z niektórymi decyzjami papieża Franciszka rzeczywiście trudno się zgodzić, ale krytyka postanowień Biskupa Rzymu (skoro sumienie do niej zmusza), szczególnie ze strony tradycjonalistów i konserwatystów musi być rozsądna, oparta na faktach, możliwie konstruktywna i niepozbawiona krytycznego spojrzenia również na zaszłości we własnych szeregach.

Jakub Pytel