22.04.2015

Przemarsze i defilady redaktora Łajszczaka


Nadrabiam lekturę. W portalu Christianitas.org przeczytałem artykuł pióra red. Filipa Łajszczaka zatytułowany „Katyński Marsz Nocnych Wilków”. Nie sposób go nie skomentować. Red. Łajszczak używa sformułowań w rodzaju „uważa się” i „zdaniem wielu”, ale każda kolejna linijka, szczególnie ostatni akapit, upewniają czytelnika, że autor nie relacjonuje cudzych, ale prezentuje własne poglądy, a zastosowane wyrażenia wynikają z ostrożności człowieka – chyba mieszkańca stolicy – który wie, że stąpa po grząskim gruncie. Tak więc uważa on, że przejazd przez Polskę putinowskich Nocnych Wilków jest tak samo niestosowny jak była obecność na Pradze pomnika „czterech śpiących”, ale również jak organizowany od ośmiu lat Marsz Cieni, gdy w rocznicę zbrodni katyńskiej ulice Warszawy przemierzają członkowie grup rekonstrukcyjnych wcielający się w role wziętych do niewoli polskich oficerów i eskortujących ich funkcjonariuszy NKWD (szczególnie razi go obecność tych ostatnich). 

Podzielam odczucia autora tekstu i również uważam, że nasza skłonność do celebrowania narodowych katastrof niebezpiecznie balansuje na granicy tego, co jeszcze da się uznać za zdrowe. Szanuję wysiłki grup rekonstrukcyjnych, doceniam ich rolę w rozbudzaniu uczuć patriotycznych i zainteresowania historią, ale często ze zdziwieniem obserwuję z jakim zaangażowaniem i energią ich członkowie wcielają się w naszych najgorszych oprawców, co przywodzi mi na myśl prof. Zimbardo i jego Efekt Lucyfera (pomyśleć, że jeszcze trzydzieści lat temu podczas podwórkowych zabaw w wojnę największą trudnością było znalezienie chętnych do odgrywania „szkopów”; obecność rzekomo sojuszniczych „rusków” zwykle ograniczała się do jednej „Marusi”, która akurat nie miała towarzyszek do zabawy lalkami). 

Jednak nie podoba mi się uczynione przez red. Łajszczaka porównanie zbrodni katyńskiej do powstania warszawskiego i konkluzja, że ten zryw „był wart przynajmniej jakiejś części zapłaconej ceny”, a śmierć polskich oficerów w Katyniu, jako „bezwzględna katastrofa”, już nie. Autor w tym miejscu chciałby być red. Zychowiczem, ale tylko troszeczkę. A przecież takie porównanie łatwo można odwrócić: skoro dla podtrzymania ducha narodowego i jedności są nam potrzebne „moralne zwycięstwa”, to w czasach PRL to zadanie równie dobrze wypełniłby sam podstępny mord dokonany przez sowietów na kilkunastu tysiącach polskich oficerów – ta ofiara żołnierskiej krwi rzeczywiście jest „warta przynajmniej jakiejś części zapłaconej ceny” i naprawdę nie trzeba było jej przelicytowywać „bezwzględną katastrofą” powstania, w którym zginęło ponad 150 tys. cywilów.

Wracając jednak do Marszu Cieni. Pochód przez Warszawę polskich jeńców konwojowanych przez enkawudzistów może budzić niesmak, ale zaproponowana przez red. Łajszczaka alternatywa, czyli „rekonstrukcja” przemarszu bolszewików wziętych do niewoli w 1920 r. – „obszarpańców w budionówkach konwojowanych przez ułanów” – to istne wypędzanie diabła belzebubem. Niegdyś tego typu „defilady zwyciężonych” mające na celu upokorzenie jeńców i dlatego zakazane mocą III Konwencji Genewskiej organizowała Armia Czerwona, a dziś robią to różni czerpiący z niej wzór „separatyści”. Ostatnie, czego bym chciał, to oglądać w podobnej roli ludzi w mundurach Wojska Polskiego.

Jakub Pytel

01.03.2015

Prezydent nie wszedł na żadne krzesło. Jest znacznie gorzej



Stanowczo uważam, że w krajach nietkniętych stopą rzymskiego legionisty nie może być niczego interesującego. Wiem, że jest to pogląd nieprawdziwy, ale mocno się go trzymam, bo chroni mnie przed poczuciem straty wynikającym ze świadomości, że pewnie w życiu nie uda mi się zwiedzić zbyt wielu miejsc położonych poza Europą i basenem Morza Śródziemnego. Również dlatego w swoich zainteresowaniach jestem dość europocentryczny. W latach ubiegłych uczyniłem jednak pewien wyjątek – dla Japonii. I to wcale nie pod wpływem oglądanych w dzieciństwie seriali „Shogun” czy „Oshin”, ale ze względu na postać św. Maksymiliana Kolbe, który w Japonii posługiwał jako misjonarz. 

O Kraju Kwitnącej Wiśni wiem tyle, by móc ocenić, że po wizycie prezydenta Komorowskiego Polacy jeszcze długo nie będą tam postrzegani jako naród ludzi poważnych. I wcale nie chodzi o to, że Komorowski zwiedzając budynek japońskiego parlamentu stanął na krześle spikera – wbrew doniesieniom mediów wcale tak nie było. Chodzi o to, że prezydent po prostu zlekceważył gospodarzy swoją ignorancją i bezceremonialnością, a w krajach o kulturze wysokokontekstowej, czyli takich jak Japonia, gdzie przywiązuje się wielką wagę do komunikatów niewerbalnych, niełatwo o zatarcie złego wrażenia.

Od razu wyjaśnijmy tę najgłośniejszą z wpadek prezydenta. Otóż Komorowski nie wszedł na żadne krzesło, a tym bardziej fotel spikera japońskiej Izby Radców – izby wyższej tamtejszego parlamentu. Wygląda na to, że wchodząc na mównicę stanął na znajdującym się tam stopniu podestu, na którym ustawiony jest stół, za którym zasiada spiker; cała ta konstrukcja jest mobilna, bo usuwa się ją zawsze, gdy do członków Izby przemawia cesarz, którego tron stoi jeszcze wyżej, za białą zasłoną. Na stopniu, na którym stanął prezydent Komorowski niekiedy pozuje do pamiątkowych zdjęć drugi rząd członków wieloosobowych delegacji (być może da się go usunąć, a z okazji takich wizyt jest on tam dostawiany - tego nie wiem). Prezydent nie zrobił zatem niczego bardziej niestosownego niż wszystkie inne niestosowności, których się tam dopuścił. Bo Komorowski nie zwiedzał japońskiego parlamentu jako turysta, ale jako głowa państwa, a jednak zachowywał się z luzem, na który mógłby sobie pozwolić jedynie podczas nieoficjalnej wizyty w amerykańskim Białym Domu (oczywiście gdyby potrafił; a nie potrafi, co udowodnił w 2010 r., gdy podczas oficjalnej wizyty w Waszyngtonie przed kamerami telewizyjnymi opowiadał prezydentowi Obamie nieudane żarty o bigosowaniu, polowaniach i pilnowaniu żon). Japońscy gospodarze musieli być bardzo zdziwieni faktem, że głowa obcego państwa gotowa jest zrobić coś więcej niż wejść do sali, przystanąć w miejscu, z którego jest dobry widok na cesarski tron i prezydium i np. zapytać o historię i elementy wystroju, a później stanąć do oficjalnej fotografii wykonanej przez profesjonalnego fotografa. Tymczasem polski prezydent zachował się jak nieokrzesany turysta, który koniecznie chciał mieć nie tylko zrobione zdjęcie na mównicy, ale jeszcze usiłował majstrować przy aparaturze nagłaśniającej. Gospodarze byli wyraźnie zakłopotani – nie został poproszony, by przemówić do członków Izby; czy może miał o to żal? 

Podobną kwestię stanowi nazwanie generała Kozieja „szogunem”. Nie jest to oczywiście inwektywa, ale cała sytuacja była bardzo niestosowna, gdy wziąć pod uwagę, że siogunowie (tak powinno się pisać i wymawiać ten tytuł) byli najpierw wybieralnymi dowódcami wojskowymi, a z czasem stali się dyktatorami ograniczającymi władzę cesarzy, a często po prostu ich więzili. To właśnie za czasów panowania pradziadka obecnego cesarza Japończycy obalili ostatniego sioguna i udanie zmodernizowali państwo. Trzeba wiedzieć, że siogunat obalili samurajowie, a tymczasem Komorowski mówił, że „skoro gen. Koziej został szogunem, to biznesmeni mogą zostać samurajami biznesu”. Pominąwszy fakt, że to po prostu głupoty należy stwierdzić, że takie słowa prezydenta musiały zostać odebrane jako kolejny wyraz lekceważenia; jako dowód na to, że Komorowski, który od miesięcy wiedział o planowanej wizycie w Kraju Kwitnącej Wiśni, nie zadał sobie trudu przeczytania jakiejkolwiek publikacji na jego temat. Inaczej nie ryzykowałby żartów o sprawach, o których nie ma bladego pojęcia i nie ujawniał kompromitującego faktu, że wszystko, co wie o Japonii zaczerpnął z serialu z Richardem Chamberlainem w roli głównej. Trudno określić taką sytuację inaczej niż jako wywołującą największe zażenowanie.

Należy być wdzięcznym Opatrzności, że gospodarze już wcześniej obrazili się na Prezydenta Rzeczpospolitej, który jesienią pod wydumanym pretekstem „powyborczego zamieszania” odwołał wizytę w Japonii, i nadali całemu wydarzeniu dość skromną oprawę. Gdyby wizyta Komorowskiego odbywała się z pełnym ceremoniałem, to z pewnością najedlibyśmy się jeszcze większego wstydu – skoro w 2011 r. „wujek Bronek” podpijał szampana z kieliszka królowej Sylwii, to tym razem mógłby komuś wykłuć oko pałeczkami. 

Uratować tę wizytę mógł tylko Stanisław Koziej. Skoro pomimo generalskim szlifów okazał się być jedynie prezydenckim totumfackim, to powinien był ratować honor oficera i popełnić seppuku. Z pewnością polska delegacja zyskałaby w oczach gospodarzy. 

Jakub Pytel

21.02.2015

List bł. Jan Henryka Newmana do Edwarda Berdoego


Dziś mija 214 rocznica urodzin Johna Henry'ego Newmana, który przyszedł na świat 21 lutego 1801 r. Wypada o tym wspomnieć i jakoś tę rocznicę uczcić, dlatego publikuję list błogosławionego kardynała do Edwarda Berdoego, traktujący o kulcie Matki Bożej i świętych.

Berdoe – chemik, literat i medyk (służył rannym żołnierzom podczas wojny krymskiej i secesyjnej), znawca poezji Roberta Browninga, człowiek wykształcony z myślą o zostaniu pastorem baptystów, który jednak nawrócił się na anglikanizm 28 września 1865 r. napisał list do ks. Newmana (zapewne pod wpływem lektury wydanej wówczas Apologia pro vita sua), w którym przyznawał, że uważa, iż Kościół katolicki głosi prawdę, natomiast wielką trudnością pozostawała dla niego „katolicka mariolatria” oraz kult świętych. 

Kilka dni później, 2 października, Newman odpowiedział na jego wątpliwości w ten sposób:

„Ten, kto zechce wyrokować o tym, czy nasze nabożeństwo i cześć dla Błogosławionej Dziewicy Maryi oraz Świętych są bałwochwalstwem, musi najpierw spojrzeć na to zagadnienie z punktu widzenia naszej wiary.

Wierzymy, że istnieje rodzina Boża, której Święci są niebiańskimi, my zaś ziemskimi członkami. Jest to jednak jedna rodzina obejmująca niebo i ziemię. Wierzymy, że mamy dostęp i możemy swobodnie zwracać się do tych, którzy są w niebie; i że my możemy prosić ich o dobrodziejstwa, a oni mogą je dla nas wyjednywać. Jednocześnie przyjmujemy, że są oni tak różni i stoją tak bardzo wyżej od nas, iż naszymi naturalnymi odczuciami względem nich są podziw, lęk i przerażenie, jakie byśmy odczuli na widok ducha lub jakich doświadczał Daniel, gdy upadł na ziemię i drżał, kiedy ukazał mu się anioł. Uczucia te, dzięki wierze w obcowanie Świętych, zamieniają się w zachwyt i pełną czci bliskość. Ponadto wierzymy, że Święci są z nami tak prawdziwie, jak inni otaczający nas ludzie.

A teraz proszę rozważyć cześć, jaką na ziemi okazuje się monarchom: ludzie klękają przed nimi, kłaniają się przed ich pustymi tronami, oddają im najgłębsze hołdy, a gdy się do nich zwracają, mówią językiem niewolników i nie ośmielają się do nich przystąpić bez ceremoniału. Otóż z o wiele większym szacunkiem winniśmy traktować  Świętych – o tyle, o ile niebo jest wyższe od ziemi, a szczęśliwość nieśmiertelna przewyższa władzę doczesną. A jednak nie wydaje mi się, byśmy zachowywali te proporcje. Język, jakim zwracamy się do Dziewicy Maryi oraz Świętych, nie jest aż tak bardzo różny od tego, jakim przemawialibyśmy do ważnych osobistości na ziemi.

Albo weźmy na przykład słowa, którymi ludzie posługują się, aby wyrazić swą miłość: brzmią one niemal bałwochwalczo, a w innych przypadkach, z racji ducha, w jakim je wypowiedziano, faktycznie są wyrazem bałwochwalstwa. A jednak nie byłbym gotów przyznać, że zakochani jako grupa, to bałwochwalcy. Jak to się dzieje, że tak mało jesteśmy zazdrośni, gdy idzie o ludzką miłość, a jednocześnie tak nagle zaszokowani, kiedy widzimy katolików uniesionych miłością ku Świętym?

Każdy postronny człowiek może odczuwać skłonność do śmiechu, gdy słyszy, jakimi ciepłymi słowy przemawiają do siebie ludzie związani uczuciem – łatwo przyjdzie mu stwierdzić, że słowa te są w bardzo złym guście. Sytuacje takie zdarzają się niekiedy w sądach, gdy ujawnione zostają prywatne listy. Mimo to nikt rozsądny nie będzie wątpił w szczerość wyznawanych uczuć – z jednej strony, a z drugiej, w to, że nie ma słusznych podstaw, aby zarzucić im bałwochwalstwo.

A nie powiedziałem jeszcze o niewysłowionej relacji pomiędzy Błogosławioną Matką Bożą i naszym Panem, ani o tym, czego nauczają nas Ojcowie wczesnego Kościoła – np. św. Justyn i św. Ireneusz: że mianowicie tak jak Ewa uczestniczyła w naszym upadku, tak Maryja brała udział w dziele naszego odkupienia”.

Na kopii listu do Edwarda Berdoego, Newman napisał, że „nie warto jej zachować”; zachowała się jednak i została opublikowana przez o. Dessaina z Oratorium w Birmingham.

(The Letters and Diaries of John Henry Newman, t. XXII, oprac. C. S. Dessain COr, 1972, s. 64, 65 – tłum. Paweł K. Długosz)

Jakub Pytel

18.02.2015

Aniołki kardynała



Nie, nie chodzi o jakąś nieobyczajną historię z udziałem któregoś z członków obecnego kolegium kardynalskiego, ale o rzeźby, których wykonanie zlecił kard. Tomasz Wolsey, kanclerza Królestwa Anglii i doradca niesławnej pamięci króla Henryka VIII Tudora. 

Chyba warto odnotować, że londyńskiemu muzeum królowej Wiktorii i księcia Alberta (Victoria & Albert Museum) właśnie udało się uzbierać 5 mln funtów (!) na zakup czterech figur przedstawiających aniołów. Ich autorem jest florencki rzeźbiarz Benedetto Rovezzano – artysta współczesny Buonarottiemu. Metrowej wysokości figury powstały w latach 1524–1529 na zlecenie kard. Wolseya, który chciał, aby w przyszłości ozdobiły jego grobowiec. Można przypuszczać, że kardynał miał nadzieję spocząć w katedrze w Canterbury, bo prymas Warham był już człowiekiem wiekowym, a Wolsey miał wszelkie widoki na to, by móc objąć po nim schedę. Niestety, Henryk VIII porzucił swą prawowitą żonę Katarzynę Aragońską dla Anny Boleyn i na barki kardynała złożył niewykonalne wówczas zadanie uzyskania w Rzymie orzeczenia o nieważności swego małżeństwa. Kardynał popadł w niełaskę i nie tylko utracił na rzecz króla swoje nagrobne figury, ale w ogóle większość majątku i o mało co głowę. 

Ale aniołowie także nie mieli ozdobić grobowca Henryka VIII – ten zresztą nigdy nie został ukończony, a jego marmurowe elementy wiatr historii rozniósł po Anglii i Niderlandach. Przez stulecia figury uznawane były za zaginione. W końcu pierwsza „para” została zidentyfikowana w 1994 r., gdy nieświadomy ich pochodzenia prywatny właściciel wystawił je na aukcji jako „rzeźby w stylu włoskiego renesansu”, a druga odnalazła się w 2008 r. w Harrowden Hall w Northamptonshire, gdzie stojąc na kolumnach zdobiła bramę wjazdową do siedziby klubu golfowego. 

Grób kard. Wolseya w Leicester
Cóż, w kraju, na którego terytorium przez ostatnie 400 lat nie toczył się żaden niszczycielski konflikt zbrojny takie historie się zdarzają. 

O kard. Wolseyu, do postaci którego czuję jakiś rodzaj sympatii, ale też współczucia, pisałem już tutaj, tutaj i tutaj. Zawsze gdy jestem w Anglii i mam możliwość pojechać do Leicester, odwiedzam tamtejszy Abbey Park, gdzie w ruinach dawnego augustiańskiego klasztoru znajduje się grób kardynała, który zmarł tam w 1530 r. w drodze do Londynu, dokąd jechał na wytoczony mu proces z oskarżenia o zdradę stanu. Oczywiście Anglicy nie wystawili mu tego skromnego nagrobka, bo był katolickim kardynałem, ale dlatego, że był królewskim kanclerzem. 

Jakub Pytel

15.02.2015

Czy Watykan uznał rozbiór Ukrainy? Kronika Novus Ordo z pewnością


Autor blogu Breviarium (dawniej Kronika Novus Ordo, Breviarium Historiæ Ecclesiæ Postconciliaris) z nieskrywaną satysfakcją informuje jakoby Stolica Apostolska i kuria biskupia w Odessie uznały aneksję Półwyspu Krymskiego przez Federację Rosyjską. Według Breviarium ma o tym świadczyć mianowanie przez Stolicę Apostolską „delegata dla okręgu duszpasterskiego Krymu i Sewastopola” w osobie bp. Jacka Pyla, biskupa pomocniczego diecezji odesko-symferopolskiej, która obejmuje Krym.

Prawda jest mi większym przyjacielem niż Plato, a blog Breviarium się z nią rozminął. I to bardzo. Po pierwsze: Rzym nie ustanowił na Krymie żadnej nowej diecezji, a jedynie doraźną strukturę mającą na celu ułatwienie, a może w ogóle umożliwienie tamtejszym katolikom prowadzenia życia religijnego. Po drugie: wspomniany okręg duszpasterski jest strukturą wciąż znajdującą się w na obszarze diecezji odesko-symferopolskiej i w jurysdykcji jej ordynariusza bp. Bronisława Bernackiego rezydującego w Odessie na Ukrainie. Po trzecie: nazwa tej struktury podkreśla brak uznania Stolicy Apostolskiej dla zmian, jakie zaszły na terenie Krymu i Sewastopola – rosyjskie władze okupacyjne scaliły oba te odrębne terytoria tworząc Krymski Okręg Federalny Rosji, gdy tymczasem nazwa struktury duszpasterskiej wciąż mówi o Krymie i Sewastopolu. Po czwarte: bp. Pyl otwarcie mówi o tym, że „Watykan oficjalnie nie uznaje aneksji Krymu przez Rosję” (wywiad dla EWTN). Po piąte: Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej nie ogłosił żadnego oficjalnego stanowiska, które można byłoby interpretować jako uznanie aneksji Krymu i Sewastopola przez Rosję.

Nie można nie zwrócić uwagi, że redakcja Breviarium dla udowodnienia swoich racji manipuluje słowami bp. Pyla. „Nasza diecezja została podzielona granicą, ale kanonicznie nic się nie zmieniło” – powiedział biskup, a autor wpisu po słowie „granicą” dodał „[ukraińsko-rosyjską]”. Gdyby bp. Pyl chciał mówić o tym jakiego rodzaju granica podzieliła diecezję, to zapewne by to zrobił. Równie uprawnione byłoby wstawienie tam słów „granicą [ustanowioną przez rosyjskiego okupanta]”. Dodatkowo autor wpisu podkreśla słowa biskupa, że struktura duszpasterska powstała w myśl umowy z rządem Rosji, ale podkreślenia nie stosuje pod dalszymi słowami, w których bp Pyl mówi, że w myśl tejże umowy okręg duszpasterski „został utworzony wyłącznie w celach administracyjnych, aby Kościół katolicki mógł tam nadal istnieć i działać”.

Kolejnym dowodem na „uznanie” przez Watykan rozbioru Ukrainy ma być to, że wierni „modlą się i starają się «dokonać nowej rejestracji Kościoła, zgodnie z ustawodawstwem Federacji Rosyjskiej»”. Oczywiście autor Breviarium ma świadomość, że wspomniani wierni mogą zarejestrować cokolwiek, ale to Kościół zdecyduje czy nada temu status kanoniczny i w jaki sposób się tym bytem posłuży. Autor blogu zapewne ma świadomość, że Kościół katolicki w krajach autorytarnych i totalitarnych czasami korzysta z rozwiązań prowizorycznych, o czym poucza historia naszej Ojczyzny. W listopadzie 1939 r. papież Pius XII mianował biskupa gdańskiego Spletta administratorem apostolskim ad nutum S. Sedis diecezji chełmińskiej czym naruszył art. IX konkordatu – czy w ten sposób Stolica Apostolska oficjalnie uznała zabór Pomorza przez III Rzeszę? Rok później Rzym ustanowił osobny ordynariat dla katolików niemieckich w Kraju Warty – czy w ten sposób Stolica Apostolska oficjalnie uznała przyłączenie Wielkopolski do Rzeszy? W końcu czy kiedy książę abp Sapieha w uzgodnieniu z władzami niemieckimi ustanowił ks. Leonarda Prochownika wikariuszem generalnym dla części archidiecezji krakowskiej leżącej na obszarze przyłączonym do Niemiec, to tym samym oficjalnie, w imieniu Kościoła uznał to bezprawie? Śmiem twierdzić, że nie. Podobnego zdania, pomimo obiekcji, był Rząd RP na wychodźstwie, a przeciwnego np. realizujący imperialne interesy komunistycznej Rosji prezydent KRN Bolesław Bierut.

Zadziwiające są też następujące słowa autora Breviarium: „Czyli wszystko w porządku, umowa z rządem Rosji jest, delegat apostolski na Krymie jest, parafie działają, księża pracują, wierni się modlą”. Zadziwiające, bo nieprawdziwe. Otóż wbrew ustaleniom z ambasadorem Rosji przy Stolicy Świętej dokumenty rejestracyjne „okręgu duszpasterskiego” zostały przez krymskie władze odrzucone z przyczyn formalnych; poza tym, żeby zarejestrować parafie potrzebnych będzie przynajmniej trzech księży z rosyjskimi paszportami, a jest tylko jeden – reszta to Polacy i Ukraińcy zdani na łaskę i niełaskę miejscowych władz. „I wojny nie ma jak w Donbasie” – pisze dalej zadowolony autor Breviarium, a ja słyszę Akt abdykacji śpiewany niegdyś przez Jacka Kaczmarskiego: „Imperatorowa i państwa ościenne przywrócą spokojność obywatelom naszym…”

Nie jestem bezkrytycznym sympatykiem władz Ukrainy, bo Kościół katolicki na południu tego kraju także w ostatnich latach borykał się z ograniczeniami. Po prostu rażą mnie cykliczne, nachalnie propagandowe prorosyjskie wpisy publikowane na stronie Breviarium. Autor blogu oczywiście może pisać co tylko mu się podoba (nikt mu tego prawa nie odbiera, a ja szczególnie). Szkoda jednak, że zapomniał, że jego blog stał się tak popularny nie dzięki deklarowanym sympatiom do tego czy innego mocarstwa, ale dzięki trosce o stan współczesnego Kościoła katolickiego (zgoda, że niekiedy wyrażanej w sposób bardzo kontrowersyjny). I że ta popularność i jej owoce (w większości dobre, choć zyskanie świadomości zjawisk mających miejsce w Kościele mogło być dla wielu czytelników bolesne) sprawiły, że ten blog zaczął być czymś więcej niż jego prywatnym poletkiem, ale miejscem będącym w pewien sposób własnością publiczną. Nie pozostaje nic innego jak żałować, że autor chce obecnie zniszczyć wiarygodność Breviarium narażając się na niebezpodstawne oskarżenia, że jest говноед, попутчик i поле́зный идиот.

Jakub Pytel

22.01.2015

Za(p/b)iliśmy posła Dobbina!



Opactwo benedyktynów w Le Barroux w Prowansji odwiedzałem kilka razy – zawsze w grupie przyjaciół i znajomych i zawsze w lipcu, by móc wziąć udział w obchodach święta jego patronki św. Marii Magdaleny. Muszę przyznać, że mnisi traktowali nas z niezwykłą uprzejmością, wręcz serdecznością, a mimo to (a może właśnie przez to, a mimo bariery językowej, bo nasza francuszczyzna zdecydowanie kulała), czasami dało się odczuć, że jesteśmy postrzegani przez pryzmat narodowych stereotypów. Kiedy jednego roku zastanawialiśmy się, co tym razem podarować zakonnikom w podziękowaniu za gościnę – a z jakiegoś powodu chcieliśmy, żeby było to coś typowo polskiego, ale co trafi i we francuskie gusta – zaproponowałem, by nie próbować burzyć stereotypów, bo to raczej niemożliwe, ale utrwalać je, tyle że mądrze, czyniąc z nich atut. I tak opat Dom Louis-Marie de Geyer d’Orth (arystokrata, a jakże!) otrzymał od nas kosz pełen różnych polskich mocnych alkoholi: miodów, wódek i nalewek. Mnisi piją niezwykle rzadko, bardzo niewiele i zawsze z gośćmi, a odpust św. Marii Magdaleny był jedną z tych okazji, które dawały im i ich gościom szansę przekonania się, że polskie alkohole to coś więcej niż przedestylowane żyto i ziemniaki, a rzut oka na etykiety upewnił wszystkich (niektórych może nawet przyprawił o zdziwienie), że nad Wisłą używa się alfabetu łacińskiego. 

Wspominam o tym, bo ta historia przyszła mi na myśl, gdy tylko brytyjskie media (a teraz już i polskie) zakrzyknęły, że oto zapiliśmy i zabiliśmy członka Izby Gmin Jima Dobbina. Laburzystowski parlamentarzysta gościł w we wrześniu ubiegłego roku w Słupsku, gdzie wziął udział w raucie z okazji przyznania temu miastu jakiejś nagrody Rady Europy. Wznoszono liczne toasty, oczywiście wódką (a jakże!), i gdy mocno niedysponowany poseł Dobbin w końcu położył się spać, to, niestety, zrobił to raz ostatni. Brytyjski koroner potwierdził w tych dniach, że zmarły miał cztery promile alkoholu we krwi, a bezpośrednią przyczyną jego śmierci było zakrztuszenie kawałkami jedzenia, które dostały się do płuc.

Cóż, Maciej Kobyliński, były prezydent Słupska, zapewne miał jak najlepsze intencje, gdy wznosił kolejne toasty, ale czy szeregowy poseł Izby Gmin (nawet urodzony w Szkocji) mógł w takich zawodach dotrzymać kroku byłemu PZPR-owskiemu aparatczykowi, kierownikowi w słupskim MPK i wieloletniemu samorządowcowi? Może nieboszczyk Jelcyn, ale nie nieboszczyk Dobbin. A Jim Dobbin – gotów jestem zaryzykować to stwierdzenie – oddał życie za Jej Królewską Mość. Mężnie kontynuował najlepsze tradycje brytyjskiej dyplomacji, był niczym poseł któregoś z królów Jerzych, który wysłany do dzikiego azjatyckiego kraju, w poczuciu ważności swojej misji, częstowany, bez grymasu na twarzy (jak Indiana Jones!) jadł galaretkę z małpich móżdżków i potrawkę z karaluchów. Do porzygania. Jeśli włodarze Słupska chcieli umocnić stereotypy dotyczące Polski, to odnieśli międzynarodowy sukces. W najgorszym stylu. I niech nikt nie mówi, że mam jakiś polski kompleks – Brytyjczycy piją tyle samo, o ile nie więcej (na pewno do większego upodlenia), ale na Wyspie odmowa wypicia kolejnego kieliszka stanowi o wiele mniejszy problem niż w kraju. A Jim Dobbin nie był miłośnikiem mocnych trunków.

Żal mi posła Dobbina tym więcej, że, o ile wiem, był porządnym praktykującym katolikiem, kawalerem Orderu Świętego Grzegorza Wielkiego nadanego przez papieża Benedykta XVI, obrońcą życia nienarodzonych, człowiekiem zaangażowanym w liczne dzieła dobroczynne, konsekwentnym przeciwnikiem legalizacji tzw. małżeństw jednopłciowych itd. + RIP

Szukając pozytywów (o ile w ogóle wypada to robić) można mieć nadzieję, że brytyjskie MZS ostrzeże teraz poddanych Jej Królewskiej Mości przed odwiedzaniem Polski, co na jakiś czas uchroni naszych rodaków podróżujących samolotami pomiędzy Polską a Anglią przed towarzystwem brytyjskiej „młodzieży” rozpoczynającej alkoholowe ekscesy już nad Morzem Północnym, a kończącej je w rynsztokach Krakowa. Inna rzecz, że po zmianie władzy w słupskim ratuszu pewnie już nie serwuje się czystej, ale – skoro mowa o stereotypach – kolorowe drinki, różowe wina i piwa z soczkiem, a te trudno przedawkować.

Jakub Pytel

03.01.2015

Przewielebna Libby Lane i lordowie duchowni



W lipcu 2014 r. Synod Generalny Kościoła Anglii uchwalił prawo umożliwiające udzielanie sakry biskupiej kobietom. Zgromadzenie nie było w tej sprawie jednomyślne, a największy opór stawili nie członkowie Izby Biskupów czy Izby Kleru, ale Izby Świeckich.  Mogłoby to dowodzić, że wśród przedstawicieli anglikańskiego laikatu przetrwało najwięcej z tego, co nazywamy sensus catholicus, ale tak naprawdę chodziło o zachowanie dotychczasowego sposobu podejmowania decyzji opartego na kompromisie i o obronę anglokatolickiej mniejszości, która znajdowała się pod olbrzymią presją (w Kościele Anglii wciąż funkcjonuje pewna liczba katolicyzujących parafii, które chcąc pozostać we Wspólnocie Anglikańskiej domagają się różnych koncesji, np. trwałego ustanowienia osobnej męskiej hierarchii, co dla kobiet-księży jest nie do przyjęcia, bo czyni z nich kler drugiej kategorii i przypomina, że ważność ich święceń jest kwestionowana).

Naciski w sprawie ustanowienia w Kościele Anglii kobiet-biskupów były bardzo silne. Wprawdzie w 2012 r. Izba Świeckich zablokowała możliwość podjęcia takiej uchwały na kolejne pięć lat, ale wówczas politycy przypomnieli synodałom, że ich władza w Kościele państwowym jest władzą delegowaną przez parlament, że nikt nie chce prowokować kryzysu konstytucyjnego, ale że wciąż możliwy jest powrót do czasów, gdy to Izba Gmin i lordowie bezpośrednio, mocą ustawy, decydowali o podobnych kwestiach (a ich większość opowiada się za biskupkami), i że powinni się spieszyć, żeby zdążyć przed wyborami w 2015 r. I synod się pospieszył – w lipcu podjęto uchwałę, po wakacjach zajął się nią parlament, a na jesieni podpis złożyła królowa. 

Ale ustanowione prawo to wciąż mało. Potrzebna była pierwsza kobieta-biskup. I to taki najprawdziwszy (najprawdziwsza?) – diecezjalny, ordynariusz i to z prawem zasiadania w Izbie Lordów. Bo niektórzy politycy tak bardzo rozpędzili się w swoim „równościowym” zapale i byli tak pewni swego, że wnieśli pod obrady parlamentu ustawę pozwalającą biskupkom zająć miejsce w Izbie Lordów poza kolejnością (zasiada tam 26 anglikańskich biskupów diecezjalnych: z urzędu abp Canterbury, abp Yorku oraz biskupi Londynu, Durham i Winchester, a pozostałych 21 według starszeństwa sakry). Jednak powoływanie przez premiera biskupów ordynariuszy jest procedurą skomplikowaną, często angażującą stronnictwa polityczne i czasochłonną, ale przede wszystkim wymaga, żeby któryś z dotychczasowych ordynariuszy osiągnął wiek emerytalny lub zrobił tę uprzejmość i umarł. A tak się nie stało. Na domiar złego żaden z nich, pomimo pojawiających się sugestii, taktownie się nie rozchorował i nie zgłosił chęci złożenia urzędu. 

Trzeba było zadowolić się mianowaniem biskupa pomocniczego w jednej z diecezji. Bp Peter Forster, ordynariusz Chester, zadecydował, że jego biskupką-sufraganką będzie Libby Lane (brzmi to jak pseudonim sceniczny wodewilowej aktorki z początków XX wieku, ale wielebna Libby naprawdę nazywa się Elisabeth Jane Holden Lane, dobiega pięćdziesiątki, została wyświęcona już 20 lat temu, a przez ostatnie siedem była proboszczem u św. Elżbiety w Ashley). A skoro Chester należy do metropolii w Yorku, to sakry udzieli jej prymas Anglii abp John Mugabi Sentamu; uczyni to 26 stycznia br. w katedrze pw. św. Piotra w Yorku, jednej z najwspanialszych katedr chrześcijańskiej Europy… 

Oczywiście nie odstąpiono od pomysłu uchwalenia ustawy dającej biskupkom-ordynariuszkom szybszy dostęp do Izby Lordów – będą się cieszyć tym przywilejem przez dekadę. Póki co Libby Lane, jako zaledwie sufragan, tam nie zasiądzie, ale w tym roku kolejni lordowie duchowni (ang. Lords Spiritual) osiągną 70 rok życia i zwolnią nie tylko swoje miejsca w parlamencie, ale również opuszczą swoje katedry. I zapewne zaczną je zajmować biskupki. Z niejakim rozbawieniem oglądałem wywiad z „moim” anglikańskim biskupem, ordynariuszem Lincoln Christopherem Lowsonem, który w tym roku miał dołączyć do prestiżowego grona lordów duchownych, ale będzie musiał obejść się smakiem, i to być może już na zawsze. Lowson mówił, że czuje się „nieco sfrustrowany”, ale nie chodzi o jego osobisty prestiż, ale ot to, że „hrabstwo Lincolnshire jest słabo reprezentowane w parlamencie” i dodał, że „jednak o wiele bardziej frustrującym było czekać na to, aby kobiety mogły być wyświęcane na biskupów”. „Jest absolutnie w porządku – mówił dalej – żeby kobiety-biskupi miały swoją reprezentację na wszystkich poziomach społeczeństwa, parlamentu i Kościoła” i on, Christopher Lowson, niedoszły lord duchowny „z niecierpliwością tego oczekuje”. Łzy w jego oczach z pewnością były łzami szczęścia. 

Dla polskiego czytelnika, dla katolików w naszym kraju, wszystko to może brzmieć jak garść ciekawostek, może nawet nieco zabawnych, lecz bezkompromisowość z jaką w świecie Zachodu traktuje się sprawę „równouprawnienia” płci – bezkompromisowość, która nie zna wyjątków i wkracza również na pole religii – daje pewność, że katolicy będą z tym zagadnieniem coraz mocniej i coraz boleśniej konfrontowani. Znamienne, że o ile jeszcze przed dwiema dekadami kobieta w stroju kapłańskim budziła uśmiech politowania, to dziś, niestety, podobną reakcję zaczynają budzić raczej ci, którzy kwestionują jej „prawo do święceń”. A społeczeństwo przesiąknięte ideami rewolucji obyczajowej lat 60. XX wieku, niebawem w swej zdecydowanej większości nie przyjmie już argumentów bazujących na tradycyjnie uznawanym podziale ról społecznych, na odwołaniu do natury i cech wyróżniających obie płcie, czyli na wiedzy z zakresu psychologii, socjologii czy biologii. Katolicy będą musieli stanąć na twardym gruncie Magisterium i nie wdając się w zbędne dyskusje potarzać za papieżem Janem Pawłem II, że: „Prawdziwa przyczyna [braku niewiast w gronie Apostołów] leży w tym, że Chrystus tak właśnie postanowił, nadając Kościołowi jego podstawową strukturę i jego antropologię teologiczną, zawsze zachowywaną przez Tradycję Kościoła”. 

Trudno przypuszczać, by i ta kwestia nie stała się w końcu powodem oskarżenia katolików o to, że są wrogami rodzaju ludzkiego. 

Jakub Pytel