21.07.2014

O rzeczywistych przyczynach wizytacji apostolskiej w Paragwaju



Niedawno minął rok od chwili, gdy papież Franciszek faktycznie zabronił członkom Zgromadzenia Braci Franciszkanów Niepokalanej celebrowania Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim, w ten sposób dokonując pierwszego tak poważnego wyłomu w dziedzinie stosowania zapisów Motu Proprio Summorum Pontificum. Dla zgromadzenia oskarżanego o próby podważania magisterium II Soboru Watykańskiego i „kryptolefebryzm” ustanowiono również komisarza apostolskiego w osobie o. Fidenzio Volpiego OFM Cap., zabroniono udzielania święceń, rozwiązano seminarium, wprowadzono zakaz publikacji itd. Restrykcje nie ominęły Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej – w ich wspólnocie odbywa się wizytacja apostolska, której skutki wydają się być łatwe do przewidzenia, bo wizytatorką jest s. Fernanda Barbiero, doroteuszka należąca do ekumenicznego i feministycznego zrzeszenia teolożek Coordinamento Theologe Italiane.

Decyzje Ojca Świętego i jego pełnomocników spotkały się licznymi protestami katolickich tradycjonalistów, którzy zaczęli dostrzegać narastającą groźbę odebrania im praw zagwarantowanych za czasów pontyfikatu papieża Benedykta XVI. W związku z tym, gdy tylko publicznie ogłoszono, że papież Franciszek zarządził wizytację kanoniczną w paragwajskiej diecezji Ciudad del Este, wielu publicystów uznało, że jest to kolejny cios wymierzony w konserwatystów w Kościele katolickim. Trzeba bowiem wiedzieć, że diecezja, której ordynariuszem jest związany z Opus Dei bp Rogelio Ricardo Livieres Plano jest jedną z tych w Ameryce Południowej najmniej dotkniętych nowinkami, słabo zinfiltrowaną przez sekty ewangelikalne (98% ludności to katolicy), w której wciąż panuje tradycyjny model pobożności (niemal w każdej parafii odprawiana jest Msza trydencka) i która jako jedyna w regionie może poszczycić się dużą liczbą powołań – w 2004 r., gdy bp Livieres Plano rozpoczynał urzędowanie, w diecezji posługiwało 70 kapłanów zakonnych i zaledwie 12 diecezjalnych, tymczasem dziś w miejscowym seminarium formację odbywa 250 kandydatów do święceń.

W serwisach i na forach internetowych pojawiły się przypuszczenia, że za decyzją o wizytacji apostolskiej w Ciudad del Este stoją ordynariusze pozostałych 11 paragwajskich diecezji, a także inni południowoamerykańscy hierarchowie, którzy z zazdrością spoglądają na sukcesy duszpasterskie bp. Livieresa, ale nie myślą go naśladować, bo są zwolennikami katolicyzmu „postępowego” i tzw. teologii wyzwolenia. Można nawet spotkać opinie, że decyzja o wizytacji jest efektem osobistej, zadawnionej urazy kard. Bergoglio do bp. Livieresa, ale próżno szukać na to jakichś dowodów. Ci, którzy stają w obronie papieskiej decyzji starają się w niej odnaleźć motywację pozytywną – chęć zbadania metod duszpasterskich, które skutkują tak licznymi powołaniami i przeszczepienie ich do diecezji, które cierpią ich niedobór.

Prawda wydaje się nieco inna. Trudno uwierzyć, żeby Ojciec Święty podjął decyzję o wizytacji z samej tylko niechęci do „pelagian” (jak niesprawiedliwie określa katolickich tradycjonalistów), gdyby w diecezji wszystkie sprawy układały się dobrze, jej duchowieństwo było zjednoczone wokół swego biskupa a ten nie był poważnie skonfliktowany z resztą członków episkopatu. Tymczasem stosunki bp. Livieresa z innymi biskupami w regionie są nie tyle chłodne, co wręcz napięte, a jego własne duchowieństwo również ma powody do daleko posuniętej nieufności.

Oto przed dwoma miesiącami ordynariusz Ciudad niespodziewanie i publicznie oskarżył abp. Eustaquio Pastora Cuquejo Vergę, swego metropolitę, o homoseksualizm. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to oskarżenie jest prawdziwe, ale już za czasów pontyfikatu Benedykta XVI przeciwko abp. Cuquejo prowadzone było postępowanie kanoniczne, w wyniku którego w 2011 r. pozbawiono go części uprawnień i wyznaczono mu jako koadiutora bp. Edmundo Ponziano Mellidę. Tak czy inaczej Konferencja Episkopatu zgodnie zażądała od bp. Livieresa przeprosin, a ten żądanie odrzucił.

Pytanie, po co bp. Livieres nagle postanowił wywołać skandal i publicznie przypomniał o całej sprawie? Był to chyba rodzaj ataku wyprzedającego, który miał odsunąć uwagę mediów od jego własnych współpracowników. Otóż bp Livieres przyjął do swojej diecezji ks. Carlosa Urrutigoity’ego – kapłana oskarżonego o praktyki homoseksualne, deprawowanie kleryków i pedofilię, a niedawno uczynił go nawet wikariuszem generalnym; a to nie koniec, bo bliski przyjaciel ks. Urrutigoity’ego, ks. Dominic Carey, został jego zastępcą.

Trudno orzec, co mogło skłonić biskupa do tego typu decyzji, ale trzeba wiedzieć, że ks. Carlos Urrutigoity jest postacią o wielkiej osobistej charyzmie, dzięki której potrafił nie tylko zmylić czujność, ale i przekonać o swojej niewinności wielu wcześniejszych przełożonych. W młodości Urrutigoity wstąpił do prowadzonego przez Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X seminarium duchownego w La Reja w Argentynie. Już wówczas jego zachowanie zaczęło wzbudzać wątpliwości przełożonych i został odesłany „na praktyki” do przeoratu w Kordobie w Argentynie. Nie wrócił już do La Reja – poprosił o możliwość kontynuowania formacji w seminarium piusowców w Winonie w USA. Gdy w 1989 r. podano do wiadomości listę kandydatów do święceń kapłańskich, jego przełożonych z seminarium w Argentynie, ks. Morello, wysłał do bp. Williamsona – rektora seminarium św. Tomasza w USA, poufny list, w którym formułował wobec Urrutigoity’ego oskarżenia o nieobyczajność. Bp Williamson zorganizował konfrontację, lecz oskarżony nie tylko nie przyznał się do winy, ale bardzo sprytnie oświadczył, że świadectwo ks. Morello to prywatna zemsta za to, że jako kleryk nie podzielał jego sedewakantystycznych poglądów (ks. Morello rzeczywiście przejawiał tego typu tendencje, wkrótce opuścił FSSPX, a w 2007 r. przyjął sakrę z rąk sedewakantystycznego biskupa Roberta Neville’a). Urrutigoity uzyskał święcenia i przez dwa lata posługiwał w seminarium w Winonie jako wykładowca i nauczyciel chorału. Wywierał coraz większy wpływ na współpracowników i podopiecznych (wkrótce zyskał przezwisko „Guru-tigoity”). Jego zachowanie nie uszło uwadze przełożonych i kiedy miały zapaść decyzje dotyczące jego przyszłości poprosił bp. Fellaya o zgodę na założenie nowego instytutu – Bractwa Św. Jana. Gdy spotkał się z kategoryczną odmową, porzucił FSSPX i z grupą księży i kleryków osiadł na terenie diecezji Scranton, przekonując jej ordynariusza, bp. Jamesa Timlina, że powodem odejścia była wyłącznie chęć uregulowania statusu kanonicznego. Mimo, że bp Fellay wysłał list, w którym przedstawił przebieg wydarzeń i scharakteryzował tego kapłana jako człowieka niemoralnego i potencjalnego przywódcę sekty, bp Timlin erygował nowy instytut. Do charyzmatów Bractwa Św. Jana (SSJ) miało należeć celebrowanie liturgii w klasycznym rycie rzymskim, odnowa życia kapłańskiego, edukacja i tworzenie małych miast, w których królowałaby prawdziwie katolicka kultura.

Członkowie Bractwa Św. Jana rozpoczęli współpracę z popieranym przez bp. Timlina Bractwem Kapłańskim Świętego Piotra, a wkrótce objęli kierownictwo Akademii Świętego Grzegorza – szkoły średniej dla chłopców założonej przez FSSP w diecezji Scranton. Ks. Urrutigoity i jego współpracownicy wykorzystali sytuację, by móc prowadzić życie dostatnie i amoralne – w niedługim czasie zyskali miano „seksualnych drapieżników”, a w 2002 r. diecezji Scranton wytoczono proces, podczas którego dwaj księża SSJ zostali oskarżeni o molestowanie seksualne. Proces zakończył się ugodą, ale diecezja i petryści po dziś dzień zmagają się z niepozbawionymi podstaw zarzutami o brak dostatecznego nadzoru i narażenie uczniów na niebezpieczeństwo (to nie gospodarze, ale gościnnie przebywający w Akademii franciszkanie jako pierwsi interweniowali w sprawie panujących tam stosunków). W końcu bp. Timlin zdecydował o usunięciu ks. Urrutigoity’ego z szeregów Bractwa Św. Jana, a jego następca, bp Joseph Martino zdecydował o rozwiązaniu stowarzyszenia i ekskardynował jego członków. Księża Urrutigoity i Carey wrócili do Paragwaju, gdzie znów rozpoczęli kościelną karierę, tym razem wkupując się w łaski ordynariusza Ciudad del Este.
 
Krytycy papieskiej decyzji, rzekomo wymierzonej w tradycjonalistów, muszą wiedzieć, że już w 2012 r. redakcja Christian Order, jednego z najbardziej zasłużonych katolickich periodyków o konserwatywnym i tradycyjnym profilu (jego pierwszym redaktorem naczelnym był nieodżałowany ks. Paul Crane SI), apelowała do swoich czytelników o informowanie władz kościelnych o próbach odtworzenia Bractwa Świętego Jana w Paragwaju. Chodziło również o to, żeby uniemożliwić niektórym byłym członkom SSJ zbierania funduszy na ten cel. Nie można też nie wspomnieć, że wspomniany ks. Dominic Carey do niedawna bywał w Anglii jako opiekun paragwajskich kleryków, którzy gościli w tamtejszych klasztorach, aby uczyć się języka (z rozmów z nimi wynikało, że kapłaństwo dla wielu może stanowić sposób na wyjście z nędzy, co stawia pod znakiem zapytania „boom powołaniowy” mający mieć miejsce w diecezji Ciudad del Este i każe zapytać o właściwy cel podobnych wyjazdów).

Papież Franciszek z pewnością nie jest przyjacielem katolickich tradycjonalistów, lecz żeby zatytułować tekst słowami „Wizytacja Watykanu wymierzona w katolicką tradycję? Diecezja jest pełna obaw” – jak to uczynił jeden z portali internetowych – trzeba mieć solidne podstawy. Z niektórymi decyzjami papieża Franciszka rzeczywiście trudno się zgodzić, ale krytyka postanowień Biskupa Rzymu (skoro sumienie do niej zmusza), szczególnie ze strony tradycjonalistów i konserwatystów musi być rozsądna, oparta na faktach, możliwie konstruktywna i niepozbawiona krytycznego spojrzenia również na zaszłości we własnych szeregach.

Jakub Pytel

15.07.2014

Tomasz Teluk „wyświęcony do godności”



Red. Tomasz Teluk, zgodnie ze zwyczajem panującym od jakiegoś czasu w portalu Fronda.pl, znów pisze o sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia; żeby tylko poprawnie streścił doniesienia angielskiej prasy dotyczące obrad Synodu Generalnego Kościoła Anglii i jego zgody na udzielanie sakry biskupiej kobietom, ale nie – on musiał okrasić je swoimi komentarzami rażąc przy tym wzrok czytelników fatalną polszczyzną. 

Jednak to nie polszczyzna („wyświęcanie do godności”, „w mieście York”, „konieczne było uzyskanie niezbędnej zgody”, „światkami takiego wydarzenia itd.) stanowi podstawowy mankament tekstu Tomasza Teluka, ale błędy rzeczowe, np. wynikające z oczywistej ignorancji nie tylko, gdy idzie o ustrój Kościoła Anglii, ale także Kościoła katolickiego (inaczej autor potrafiłby dostrzec analogie i nie pisałby bzdur) – Jeffrey John nie jest „dziekanem diecezji St Albans”, lecz „dziekanem St. Albans”, czyli głową kapituły przy katedrze św. Albana (swoją drogą Rodaków korzystających z lotniska w Luton namawiam do jej zwiedzenia – to raptem 12 mil; można skorzystać z autobusów odjeżdżających sprzed hali przylotów). Red. Teluk informuje czytelników, że w Kościele Anglii „wyświęca się kobiety na pastorów już od 1992 r.” – to kolejna bzdura, owszem, wówczas taka decyzja zapadła, ale pierwsze święcenia zostały udzielone dwa lata później, w 1994 r. w katedrze w Bristolu. Kolejnym „kwiatkiem” jest stwierdzenie, że w Kościele Anglii „pierwszą próbę wprowadzania ideologii gender do stanu biskupiego podjęto już w 2012 r.” – jeśli chodzi o kwestie udzielania święceń biskupich kobietom (bo zakładam, że o tym myślał autor, gdy, starając się dowieść swej erudycji i językowej finezji, pisał o gender), to nie „już w 2012 r.”, ale już w 2006 r., gdy ta sprawa, wałkowana przynajmniej od lat 90. XX wieku, po raz pierwszy stała się tematem obrad Synodu Generalnego. I tak można jeszcze długo. 

Jednak crème de la crème stanowią słowa autora dotyczące homoseksualistów. Red. Teluk grzecznie nazywa ich „gejami”, ale czasami nie waha się użyć określenia „sodomita”. Tyle, że robi to zupełnie bezmyślnie: „Dotychczas pastorami mogli zostawać sodomici, którzy zobowiązali się do życia w celibacie” – trzeba zapytać, co takiego redaktor Teluk ma przeciwko homoseksualistom zachowującym czystość, że akurat ich wyzywa od „sodomitów”? 

Czy kierownictwo Portalu Poświęconego naprawdę nie wstydzi się publikować takich gniotów? Przecież kompromitują nie tylko Frondę, ale w ogóle konserwatywnych katolików, bo przecież ten portal jest powszechnie identyfikowany jako ich trybuna. 

Panie Doktorze Terlikowski, po raz enty apeluję – zrób Pan coś! 

Jakub Pytel 

Czytaj również: 


13.07.2014

Rzeź na Wołyniu, wesele na Pomorzu i pogarda dla Holendrów



11 lipca 1943 r. był punktem kulminacyjnym rzezi wołyńskiej – ludobójstwa, którego ukraińscy nacjonaliści dokonali na ludności polskiej zamieszkałej na terenie południowo-wschodnich województw okupowanej przez Niemców II Rzeczypospolitej.

Dziś uczestniczyłem we Mszy requiem sprawowanej za dusze ofiar tej akcji eksterminacyjnej, która z różnym nasileniem trwała przez rok – od lutego 1943 do stycznia 1944 r. Msza sprawowana była możliwie uroczyście – celebrans zaśpiewał wszystkie części wraz z sekwencją Dies irae, a ministranci biegali wokół ołtarza z kadzidłem i świecami, łatwiej więc było o rozproszenie na modlitwie niż podczas Mszy recytowanej. 

Pochodzę z zasiedziałych Wielkopolan i nie mam wśród krewnych i powinowatych ludzi, którzy pochodziliby z dawnych Kresów i utracili tam bliskich, więc podczas Mszy, w chwilach słabości, moje myśli nie biegły ku konkretnym ludziom znanym z rodzinnych opowiadań, ale wędrowały gdzieś ku lekturom dotyczącym tamtych wydarzeń – wciąż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że dowództwo Armii Krajowej skutecznie nie pomogło mordowanym rodakom, a niedługo potem na własną zgubę pomagało bolszewikom zdobywać Lwów i Wilno.

W innej chwili niesforna myśl pobiegła na Pomorze, za moją cioteczną siostrą, która właśnie dziś uczestniczy w weselu swej przyjaciółki z czasów studenckich, Ukrainki, grekokatoliczki, która już kilka lat temu postanowiła wyjść za mąż za Polaka, a żeby ten zamiar zrealizować musiała wiele przejść, bo jej rodzina to nienawidzący nas przesiedleńcy z Akcji „Wisła”. Dość powiedzieć, że zgoda na ślub nastąpiła po kilku latach ekskomunikowania z rodziny. Przyszło pojednanie, trzeba się z tego cieszyć i mieć nadzieję, że właśnie trwające wesele nie zamieni się pod wpływem alkoholu w jakąś polsko-ukraińską noc św. Bartłomieja, bo ojciec panny młodej zawsze jawił mi się jako rezun biegający z nożem w zębach. Cóż, ufajmy…
  
Podczas trzeciego i ostatniego rozproszenia moje myśli pobiegły do Srebrenicy w byłej Jugosławii, gdzie przed 19. laty miało miejsce ludobójstwo dokonane przez Serbów na ludności bośniackiej (oczywiście nie porównuję tej tragedii z wołyńską, bo działania żołnierzy gen. Mladića były odwetem za mordy dokonywane na jego rodakach przez muzułmańskich najemników, podczas gdy akcja ukraińska była mordem niczym niesprowokowanym). To wtedy, 12 lipca 1995 r. holenderscy żołnierze z sił ONZ stacjonujący w mieście ogłoszonym „strefą bezpieczeństwa”, bez jednego wystrzału wydali Serbom ludzi, których mieli obowiązek bronić (nawet pomagali przy oddzielaniu kobiet od mężczyzn i ich selekcji według wieku). Być może mam zbyt wielką wiarę w swoich rodaków, albo grzeszę naiwnością, ale po prostu nie wierzę, że polscy żołnierze mogliby zrobić coś podobnego, a jeśli by do tego doszło, jeśli nawet otrzymaliby taki rozkaz, to, że dowódca nie strzeliłby sobie w łeb! Tymczasem ci holenderscy tchórze, z gen. Karremensem na czele, zostali  2006 r. przez swój rząd odznaczeni… (gen. John Sheehan, były Dowódca Połączonych Sił Zbrojnych obszaru Atlantyku, stwierdził, że oddziały holenderskie były zdemoralizowane, czego przyczyną był m.in. nieskrywany homoseksualizm, i że „Serbowie po prostu przykuli ich kajdankami do budek telefonicznych i weszli do miasta”). Od tamtego czasu, w drodze do Anglii, gdy jadę samochodem do Calais lub Dunkierki, w Holandii się nie zatrzymuję, nawet tam nie sikam… 

Jakub Pytel

06.07.2014

„Gdybym nie widział, milczałbym: ale widziałem na własne oczy” – o Franciszkanach Niepokalanej i świętej naiwności



Dziś na Forum Rebelya.pl ukazał się wpis prezentujący tekst listu otwartego do papieża Franciszka pióra Davide’a Canavesiego – byłego członka Zgromadzenia Braci Franciszkanów Niepokalanej, który nosił imię zakonne Ambroży. Intencją Canavesiego jest „dać świadectwo, czym było [należące do tego zakonu] Seminarium Teologiczne Immaculata Mediatrix zanim zostało zamknięte”. Autorem wpisu i tłumaczem listu jest Polak, również były członek tego zgromadzenia.

Zdecydowałem się przedrukować wspomniany list w blogu, bo wpisy na forach internetowych szybko odchodzą w niepamięć. To bardzo piękne świadectwo, bardzo poruszające, bo będące dowodem, że powstanie wspólnoty Franciszkanów Niepokalanej było próbą rzeczywistego odrodzenia franciszkańskiego charyzmatu, odrodzenia życia zakonnego. Sprawa takiej reformy jest przecież niezwykle nagląca, a może już stracona, bo każdy, kto choćby otarł się o współczesne katolickie klasztory, wie, że gdyby Henryk VIII wstał z grobu i miał moc ich kasowania – i to nie tylko w Anglii, ale na całym Starym Kontynencie – to tym razem w większości przypadków grzechem byłoby mu nie pomóc.

Henryk VIII? Cóż, skojarzenia to moje przekleństwo – nie potrafię się przed nimi obronić. Otóż list ten jest świadectwem głębokiej wiary w niedoinformowanie papieża, może nawet dobre intencje władz kościelnych, ale także dowodem wprost świętej naiwności autora. Pismo do złudzenia przypomina monity jakie do Henryka VIII słali przełożeni tych angielskich klasztorów, w których królewscy komisarze zaprowadzali swe rządy – opaci i przeorzy zapewniali, że kochają  Boga i króla, szanują prawa przez niego ustanowione, nie czynią niczego złego i dbają o dobro ludu. Podobnie dziś – Canavesi pisze o miłości Boga i papieża, że franciszkanie nie są kryptolefebrystami, o tym, że nie robią niczego złego i dbają o dusze. 

Oni wówczas nie rozumieli, a Canavesi teraz, że tutaj nie chodzi o to, kogo bracia kochają, lecz o to, że stanęli na drodze Reformacji i Rewolucji. 

Jakub Pytel 

Oto treść listu:
   
„Davide Canavesi

Do Jego Świątobliwości Papieża Franciszka.

Jestem jednym z byłych franciszkanów Niepokalanej, od niedawna poza Instytutem. Celem tych słów nie jest nowe zaognienie polemiki, ani też stawianie siebie ponad instytucjami kościelnymi. Ten list ma być jedynie prostym świadectwem na temat Seminarium Teologicznego „Immaculata Mediatrix” (STIM) oraz niewielkim lecz serdecznym podziękowaniem dla wszystkich moich formatorów oraz dla ojców założycieli. STIM, które w ostatnich latach formowało ponad pięćdziesięciu braci kleryków, zostało – jak wiadomo – zniszczone, z powodów do tej pory nie sprecyzowanych. STIM był seminarium-klasztorem gromadzącym przeszło 50 braci studentów w różnym wieku i o różnej kulturze, pochodzących ze wszystkich stron świata, którzy wspólnie z formatorami oraz kilkoma braćmi zakonnymi (niestudiującymi) stanowili wspólnotę o intensywnym życiu modlitwy, życiu pogłębionych studiów oraz żarliwego zaangażowania w apostolat – a wszystko to w prawdziwym duchu braterstwa.

Jakie było życie tego seminarium? Modlitwa, nauka, praca, apostolat... nie tracić ani minuty i znajdować się w warunkach pomagających nie tracić czasu: ponieważ dla poświęconych Niepokalanej każda minuta należy do Niej. Brewiarz i Msza święta w starszej formie (chciane przez studentów, a nie narzucone im) – nie z powodu ideologicznego przywiązania do wszystkiego, co stare, ale dla odbudowy życia zakonnego jako życia modlitwy. O serafickim ojcu, św. Franciszku, mówią źródła franciszkańskie: „jego bezpieczną przystanią była modlitwa (…) nocą udawał się samotnie do opuszczonych kościołów na modlitwę”. Cóż więc dziwnego, że pośrodku nocy zakonnicy wstają i odmawiają brewiarz? A jednak – właśnie z tego powodu formatorzy oraz o. Stefano Manelli zostali uznani za „pelagianów”! Ponadto, o tym, z jakim zrównoważeniem ojcowie formatorzy pomagali tym, którym nocna modlitwa sprawiała trudności, może zaświadczyć wielu braci. Czy chce Wasza Świątobliwość wiedzieć, czego uczył rektor seminarium (nazwany „deformatorem” kleryków) tych braci, którzy nie mieli trudności ze wstawaniem? „Proś, żeby Pan dał ci część trudności innych braci, a ulżył im: bo lepsza jest cała wspólnota żarliwa niż kilku zakonników nieco żarliwszych”. Czyż nie jest to prawdziwą miłością bliźniego – która nie tyle usprawiedliwia cudze niedoskonałości, co pomaga zwyciężać je?! Wobec wspólnoty pięćdziesięciu młodych zakonników, którzy pragną modlić się nocą – z jakich powodów ta modlitwa została usunięta przez nowych rektorów? To prawda, że ta modlitwa została wprowadzona przez Franciszkanów Niepokalanej w ostatnich latach; nie rozumiem jednak, jak można nazwać dobrą tę formację, która blokuje zapał młodych i dławi ich dobrą wolę. Ponadto, naprzeciwko tej „ludzkiej roztropności” charakteryzującej nową linię Franciszkanów Niepokalanej znajduje się „bez granic” świętego Maksymiliana: jeżeli każdego poranku obiecujemy „żyć, pracować, cierpieć, wyniszczyć się i umrzeć dla Niej”, musimy naprawdę to robić!

Prawdziwy franciszkanin nie może żyć w rozluźnieniu dzisiejszych klasztorów bez rumieńca wstydu. Kiedy pomyśli się o tym, że w naszych klasztorach nie brakuje nigdy jedzenia, że nierzadko jada się wręcz lepiej niż w domu rodzinnym, nie sposób nie zawstydzić się na myśl o pierwotnym franciszkanizmie. Możemy przynajmniej zrekompensować to intensywnym życiem ofiary w tym, co szczególnie kosztuje naturę ludzką: modlitwa nocna, poświęcenie własnego czasu wolnego... Taki był zamysł ojca Stefano, kierującego nasze życie ku wyżynom. W zamian został potraktowany jak osoba niezrównoważona, jak jansenista, jak kalwinista, jak lefebrysta!

Jeżeli ma się czas na oglądanie bezużytecznych filmów, kreskówek, meczów piłki nożnej, to znaczy to, że źle się wykorzystuje czas... Jesteśmy zakonnikami, aby ratować dusze – co ma z tym wspólnego piłka nożna? A przecież wystarczyłoby od czasu do czasu pomyśleć o osobach bliskich nam, o przyjaciołach, których zostawiliśmy w świecie, by zdać sobie sprawę z tego, ile trudów ponoszą ludzie. Wystarczy pomyśleć o młodych matkach dzielących cały swój czas między pracę i rodzinę – podczas gdy my w klasztorach, jesteśmy zwolnieni z twardej walki o pracę... o młodych rodzicach zmuszonych do tego, by wstawać w nocy na płacz ich dziecka – i którzy nazajutrz muszą tak czy owak być punktualnie w pracy, podczas gdy my dbamy o dostateczną ilość snu... Wobec tego wszystkiego, jak zakonnik unikający wyrzeczeń może nazywać siebie prawdziwym zakonnikiem!? Jak mógłbym żądać od młodych żon przyjęcia wszystkich dzieci, jakie Pan Bóg zechce im dać – choćby wymagało to heroizmu – jeżeli ja sam nie akceptuję jako pierwszy cierpień i trudów heroicznych! Czy nie powinno być pragnieniem każdego prawdziwego franciszkanina dzielenie cierpień i trudów każdego człowieka – zamiast czynić z klasztoru oazy dobrobytu zwolnione z walki życia?! Kto ożywi ducha życia Porcjunkuli i Niepokalanowa, jeśli nie nasze pokolenie? Jeśli jednak kto pragnie to uczynić jest oskarżany o wszystkie możliwe lub wyobrażalne herezje i schizmy – co będzie z naszym biednym i ukochanym Świętym Kościołem...

Jednemu z nowych przełożonych przedstawiłem te refleksje, zaznaczając że w sumieniu nie mógłbym zaakceptować życia w jednym momencie tak rozluźnionego. Nie mógłbym tego uczynić wspominając mojego księdza proboszcza, który każdego poranka po Mszy świętej upadał na krzesło w zakrystii, wycieńczony z powodu ciężkiej choroby – a mimo to nie pozostawił nigdy swojej owczarni bez Najświętszej Ofiary. Nie mógłbym, myśląc o życiu pełnym wyrzeczeń, jakie prowadzi wielu moich przyjaciół, znosząc nierzadko z pochyloną głową upokorzenia, byle nie stracić pracy. W odpowiedzi usłyszałem, że surowość życia nie ma nic wspólnego z Poświęceniem Niepokalanej – i że nie trzeba przesadzać. Ernest Hello mówił, że człowiek mierny wymyśliłby słowo „przesada” gdyby nie istniało już w słowniku. To prawda – wszyscy w seminarium odczuwaliśmy z odrobiną cierpienia tę potrzebę poświęcania się zawsze: to właśnie jest jednak jedyna droga prowadząca do ufania Panu Bogu, a nie nam samym.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że STIM wydawało się prawdziwym królestwem miłości bliźniego. I nie mogło być inaczej: tam, gdzie ludzie wysilają się, by kochać Pana Boga, nie mogą nie odkryć, że drugie przykazanie podobne jest pierwszemu (Mt 22,39). Ile dobrych przykładów dali mi współbracia! Ze wzruszeniem wspominam tego brata, który troszczył się o zdrowie współbraci, i brata kwestarza, który wyruszał jeszcze nocą by zapewnić niezbędny pokarm wspólnocie, i tego brata, z którym można by się ścigać do pracy – żeby inny współbrat miał trochę więcej czasu na naukę... “Alter alterius onera portate et sic adimplebitis legem Christi” (Gal 6, 2), powiada św. Paweł... Gdybym nie widział, milczałbym: ale widziałem na własne oczy, ile znaczy to przykazanie! Pamiętam, jak pewnego razu pożaliłem się przełożonemu, że w tej odrobinie czasu wolnego, jaka mi została, musiałem pomóc w nauce do egzaminu jednemu z braci obcokrajowców. Cóż mi odpowiedział? „Musisz to zrobić. To jest twoja druga Eucharystia: rano to Pan Jezus ofiaruje się na ołtarzu dla Ciebie; teraz to ty masz ofiarować siebie samego dla twojego brata, który ma trudności”. Oto odpowiedź jednego z „jansenistów”, którego komisarz natychmiast postanowił oddalić z seminarium.

Zarząd komisaryczny, niestety, nie przyniósł naszemu seminarium nic innego jak tylko napięcie i podziały. Zresztą, jak można pozostać pogodnym, kiedy kazania są używane do atakowania ojca Stefano, czyniąc aluzje do niego jako jansenisty, kalwinisty, złodzieja itd.; kiedy przez własnych przełożonych jest się wystawionych na bezpodstawne zarzuty (kryptolefebryści); kiedy próba podjęcia dialogu spotyka się z oskarżeniem o „zależność psychologiczną”; kiedy nasz współzałożyciel, o. Gabriele Pellettieri jest oddalony ze wspólnoty bez bodaj zapowiedzenia tego studentom – a więc i bez możliwości chociaż pożegnania go! Ci sami, którzy piszą, że seminarium było źródłem buntu, powinni zastanowić się, czy nie są winni także oni, przez swoją nieczułość, że ktoś – bez wątpienia popełniając błąd – rozpowszechnił poza seminarium informacje. A cóż można powiedzieć o tym przełożonym, który stwierdził, że nie przejmuje się faktem, że wielu braci chce opuścić instytut, ponieważ „z góry zakładaliśmy, że z komisariatem stracimy 60-80 braci”. Szkoda, że zakonnicy to nie cynowe żołnierzyki, które kapryśne dziecko może wywrócić kopniakiem – ale osoby ludzkie, co więcej, w większości młode, którym rujnuje się życie, zmuszając ich do opuszczenia instytutu, by nie zdradzić własnego sumienia i ideału!
Na koniec pragnę dodać słowo na temat Waszej Świątobliwości, jako że niektórzy współbracia oraz osoby spoza zgromadzenia oskarżyli nasze seminarium o bunt przeciwko Papieżowi, a nawet o uznawanie Waszej Świątobliwości za antypapieża. Oprócz głupoty tego ostatniego stwierdzenia, mogę zaświadczyć, że w naszym seminarium nigdy nie usłyszałem nic, co można by uznać za obrazę albo brak uszanowania dla osoby Waszej Świątobliwości. Pomimo cierpienia, jakie powodowało bycie oskarżanymi przez ten sam Kościół Święty, który nauczono nas kochać, zawsze ufaliśmy, że ocalenie przyjdzie właśnie od Ojca Świętego. Nie zapomnę jednego współbraci – oskarżonego o kryptolefebryzm – który powtarzał żarliwie: „pragnę być uratowany przez Ojca Świętego, bo on jest moim ojcem, a ja jego synem”. W dniu urodzin Waszej Świątobliwości całe seminarium wybuchło oklaskami i okrzykami. Zresztą; ci, którzy oskarżają STIM o bunt przeciwko Papieżowi, nie potrafią przedstawić w sprawie żadnego dowodu jeśli nie „relata refero”. Poprzedni rektor (odwołany wkrótce potem przez komisarza) na początku roku akademickiego zadecydował o skróceniu obiadu, żeby móc po nim odmówić Różaniec święty w intencji Ojca Świętego. Czyż nie było to odpowiedzią na prośbę, jaką Wasza Świątobliwość nieustannie kieruje do chrześcijan? Nowi rektorzy, ledwo przybyli do seminarium, usunęli tę modlitwę. Kto kocha Papieża – ten, kto modli się za niego i przyjmuje dla niego wyrzeczenia, czy ten, kto ma usta pełne cytatów z Ojca Świętego, ale nie robi nic dla niego? W jednej z katechez Ojciec Święty zalecał kapłanom kończenie każdego dnia przed Tabernakulum, wyjednując zbawienie duszom. Nie bez odrobiny dumy mogę powiedzieć, że nie musiałem uczyć się tego od Waszej Świątobliwości, ponieważ zawsze mogłem widzieć moich formatorów kończących dzień na kolanach przed Tabernakulum i proszących Pana za mną i moimi współbraćmi – abyśmy mogli stać się dobrymi zakonnikami, dla zbawienia wszystkich dusz.

Z tego wszystkiego, co napisałem, zrozumie Ojciec Święty niemożliwość pogodnego kontynuowania życia w instytucie zakonnym, w którym żarliwość i cnota są zniesławiane, w którym jest się zmuszonym do maszerowania pomiędzy „trupami” własnych ukochanych współbraci i – gorzej jeszcze – po głowach własnych założycieli i formatorów, którym zawdzięcza się tak wiele dobra.

Proszę Waszą Świątobliwość o apostolskie błogosławieństwo oraz o wspomnienie mnie w Jego Mszy świętej, abym mógł wytrwać w wierze i w służbie Panu pod przewodnictwem Niepokalanej.

W Sercu Jezusa i Maryi,

Davide Canavesi (były br. Ambroży)”