27.08.2015

Powrót do Rzeszy



Kanclerz Niemiec Angela Merkel odwiedziła obóz w Heidenau w Saksonii, gdzie obecnie przebywa ok. 250 uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu. Mieszkańcom miasta, którzy organizują protesty przeciwko ich obecności i w ogóle przeciwko polityce imigracyjnej Berlina, kanclerz odpowiedziała, że „traktowanie z godnością ludzi, którzy szukają schronienia, jest elementem niemieckiej tożsamości”. 

I trudno szefowej niemieckiego rządu nie przyznać racji – jest to element niemieckiej tożsamości przynajmniej od 75 lat, od rozpoczęcia akcji „Heim ins Reich” (pol. Powrót do Rzeszy), w ramach której przesiedlano do Rzeszy ludność niemiecką z obszaru krajów bałtyckich, Związku Sowieckiego i Rumunii. Rzeczywiście, przesiedleńców traktowano z godnością, na jaką zasługiwali ludzie szukający schronienia. Problem w tym, że wspomniani przesiedleńcy nie trafiali tylko do Niemiec, ale również – ku ich wielkiemu zaskoczeniu i niezadowoleniu – do okupowanej Polski. Oni byli traktowani z godnością, czego nie można powiedzieć o Polakach wyrzucanych z domów, żeby zrobić dla nich miejsce. 

Być może jest to analogia grubo przesadzona, ale tylko taka przychodzi mi do głowy, gdy słyszę, że Polska „w ramach europejskiej solidarności” ma przyjmować imigrantów będących gośćmi rządu niemieckiego. Pora zacząć prowadzić własną politykę imigracyjną opierającą się, owszem, na chrześcijańskim miłosierdziu, ale też rozumną i sprawiedliwą – szczególnie dla rodaków zza wschodniej granicy oraz dla braci w Chrystusie.

Jakub Pytel

26.08.2015

Ks. Węcławski: Mikrofon przeciwny duchowi liturgii



W nieco przykurzonej już stercie starych notatek znajduję wykład ks. prof. Tomasza Węcławskiego pt. „Pierwiastki liturgii”. Nie pamiętam kiedy i przy jakiej okazji został wygłoszony – może była to jakaś konferencja, a może regularny wykład na Wydziale Teologicznym UAM – ale musiało to być na długo przed 2007 r., gdy ów kapłan nie tylko porzucił stan duchowny i rodowe nazwisko (obecnie nazywa się Tomasz Polak) ale także Kościół katolicki i chyba w ogóle chrześcijaństwo. Wszystko to nie zmienia faktu, że wspomniany wykład jest bardzo interesujący. Przed laty zaznaczyłem w nim ołówkiem obszerny fragment dotyczący dźwięku i słowa. Przytaczam go, bo, jak sądzę, zawarta tam argumentacja może się przydać wszystkim, którzy walczą z „mikrofonizacją” liturgii, pielgrzymek czy z rozdętymi do niemożliwości plenerowymi koncelebrami.

Jakub Pytel

Ks. prof. Tomasz Węcławski, Pierwiastki liturgii (fragment) 

„Trzecim żywiołem liturgii jest dźwięk i słowo wypełniające i kształtujące przestrzeń. Liturgia jest najpierw zawsze liturgią słowa – w którym zostają przywołane „wielkie dzieła Boże” (por. Dz 2,11). Związek między dźwiękiem i przestrzenią w liturgii jest silniejszy, niż może się wydawać powierzchownemu spojrzeniu. Można mianowicie powiedzieć, że liturgia odbywa się tylko w takiej przestrzeni, którą obejmuje słyszalny dźwięk – słowo człowieka przemawiającego do człowieka. Można też pokazać, w jakim stopniu architektura przestrzeni liturgicznej podporządkowywała się tej zasadzie – albo inaczej: jak z pomocą architektury poszerzano przestrzeń (akustyczną), w której możliwa była liturgia.

Kościoły były tak budowane, aby w dużej przestrzeni, w której gromadzili się ludzie można się było słyszeć. Dzisiaj odkrywa się czasem tajemnicę takich kościołów. Niedawno dostałem płytę z muzyką cysterską, o której obecni odtwórcy twierdzą, że została ona stworzona do konkretnego kościoła z wykorzystaniem jego właściwości architektonicznych i rezonansu, który tylko w tym kościele jest taki właśnie.

Z tego punktu widzenia sztuczne wzmocnienie dźwięku jest przeciw duchowi liturgii – tak samo jak poszerzanie przestrzeni zgromadzenia poza zasięg ludzkiego głosu. Kwestia ta wymaga refleksji. Jej odniesieniem teologicznym powinno być również to, co wiemy o zgromadzeniach i ucztach uczniów Jezusa na wolnym powietrzu (poza miastem), zarówno przed Jego Paschą, jak i po niej. Także ich wielkość i zasięg (przestrzeń fizyczną i społeczną) wyznaczał ludzki głos, słowo i możliwość porozumienia (por. w związku z tym Dz 2,1-47 i opisaną tam przestrzeń gromadzącego się Kościoła (dziejową i kosmiczną, osobistą i społeczną), a zwłaszcza sprawę „rozumienia we własnym języku” tego, co się dzieje”.

25.08.2015

Waldensi nie przebaczą Franciszkowi



W ubiegłym roku Ojciec Święty Franciszek, podczas wizyty w zborze waldensów w Turynie, poprosił o przebaczenie „za niechrześcijańskie czy nawet nieludzkie postawy i zachowania w dziejach”, jakich katolicy mieli się wobec nich dopuścić. Poprosił i teraz spotkał się z odmową synodu. Waldensi uznali, że nie mają prawa przebaczać w imieniu ofiar, w ich zastępstwie, że tylko one same mogą skutecznie przebaczyć swoim prześladowcom. W ten sposób dzisiejsi zwolennicy nauk Valdèsa zwrócili uwagę na kwestię, której w Rzymie od wielu lat już się nie porusza (a nawet, jeśli ktoś próbuje to robić, to jest uciszany argumentami z autorytetu – autorytetu papieża Pawła VI, a szczególnie Jana Pawła II). Chodzi o to, czy Ojciec Święty ma prawo przepraszać w cudzym imieniu, w imieniu swoich poprzedników i wykonawców ich woli (czasami, przyznajmy, nadgorliwych)? Bo przecież papież Franciszek nie przeprasza za grzechy Kościoła, który jest święty, ale za grzechy ludzi. 


Warto przy tej okazji przypomnieć, że duchowi spadkobiercy Valdèsa nie tylko byli nieprzejednanymi wrogami Kościoła katolickiego, ale że pozostają nimi nadal. Dość powiedzieć, że nauki swego założyciela zaprawili teoriami Kalwina, a w końcu, całkiem niedawno, także Marksa, Engelsa i Lenina. Bo hierarchia włoskiego Ewangelickiego Kościoła Waldensów to w dużej mierze – o czym zaświadcza Vittorio Messori – sympatycy „czystego i twardego” marksizmu, a wielu jego pastorów startowało w wyborach parlamentarnych z list partii komunistycznej. I nie był to wyraz jedynie pragmatyzmu, ale wiary, bowiem swoje stanowisko usprawiedliwiali w sposób teologiczny, podpierając się Pismem Świętym i dowodząc, że Jezus Chrystus miał przygotować miejsce innemu, naukowemu „mesjaszowi”. 


Jakub Pytel

Żart księdza Vaughana



Przeglądając stare cyfrowe notatki natknąłem się na postać ks. Bernarda Vaughana SI (1847–1922). Nazwisko było mi znane, bo tak samo nazywał się trzeci arcybiskup Westminsteru a zarazem prymas Anglii i Walii. Okazało się, że duchowni byli braćmi i że mieli jeszcze jedenaścioro rodzeństwa – sześciu braci i pięć sióstr. Jak na tamte czasy nie było to może zadziwiające, ale to, że zaledwie dwoje spośród nich wybrało życie w stanie świeckim, to i owszem. Siostry Vaughan bez wyjątku zostały zakonnicami, a sześciu braci księżmi, spośród których aż trzech przyjęło sakrę biskupią: Herbert został arcybiskupem Westminsteru i kardynałem-prymasem, Roger arcybiskupem Sydney, a John biskupem pomocniczym Salford.

Ks. B. Vaughan SI
Ks. Bernard Vaughan wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jego stryj również był jezuitą) i choć eklezjalna kariera w stylu braci-biskupów nie była jego udziałem, to w swoim czasie był nie mniej znany. Dał się poznać jako niestrudzony duszpasterz robotniczego Manchesteru oraz słynącego nędzą londyńskiego East Endu. Był też znakomitym kaznodzieją. W 1906 r. wygłosił w Mayfair, ekskluzywnej dzielnicy Londynu, cykl kazań o prowokacyjnym tytule „The Sins of Society” (ang. „Grzechy społeczeństwa”, co można rozumieć również jako „Grzechy elit”), które odbiły się szerokim echem w całej Brytanii. Bernard Vaughan był też niestrudzonym misjonarzem; głosił rekolekcje we Francji i Italii, w USA, Kanadzie i na Alasce, a także w Chinach i Japonii, a podczas I wojny światowej był kapelanem w Brytyjskim Korpusie Ekspedycyjnym.

Ale ta interesująca postać słynęła również z poczucia humoru i zamiłowania do żartów. O jednym z nich pisał ks. Leonard Feeney, również jezuita, równie sławny kaznodzieja, choć bardziej kontrowersyjny:

„Pewnego dnia ks. Bernard Vaughan przebywał w Wigan – niewielkim miasteczku w angielskim hrabstwie Lancashire. Właśnie je opuszczał. Stał na dworcu kolejowym w oczekiwaniu na spóźniający się pociąg. Podszedł do układającego walizki bagażowego i zapytał:
– Jak nazywa się ta miejscowość?
– Wigan – odpowiedział bagażowy.
Ks. Vaughan kilkakrotnie przespacerował się po peronie – w tę i z powrotem.  
– Jak mówiliście, jak nazywa się to miejsce? – znów zapytał bagażowego.
– Wigan! – krzyknął. – Na tablicy stoi jak wół!
Ks. Vaughan, po kilku jeszcze wycieczkach wzdłuż peronu, a skoro pociąg wciąż nie przyjeżdżał, znów podszedł do tego samego bagażowego.
– Mam bardzo słabą pamięć – powiedział. – Jak nazywa się ta miejscowość?
– Człowieku, jak żeś się tu dostał, jak nawet nie znasz nazwy? – wrzasnął bagażowy i sobie poszedł. 
W końcu nadjechał pociąg. Ks. Vaughan wszedł do wagonu i otworzył drzwi jednego z przedziałów. Usiadł wydając z siebie głośne westchnienie. – Ech – powiedział – jakże się cieszę, że opuszczam to miejsce. Nigdy nie spotkałem równie nieuprzejmych ludzi. Są tacy niegrzeczni, niemili.
– Nie mogę się z księdzem zgodzić – powiedział jeden z pasażerów siedzących w przedziale i odłożył poranną gazetę. – Mieszkańcy Lancashire są powszechnie znani jako grzeczni i uprzejmi, szczególnie ci z Wigan.
– Cóż, zatem przekonajmy się – powiedział ks. Vaughan otwierając okno i skinieniem dłoni przywołując bagażowego. – Zechciejcie mi powiedzieć jak nazywa się ta miejscowość?
– A idźże do diabła! – odkrzyknął bagażowy.
– Widzi pan, co miałem na myśli – powiedział ks. Vaughan zamykając okno”.

(L. Feeney, London is a Place, „The Point” 1951).