17.09.2014

Anglia mówi «nie» Europie, Szkocja Anglii, Szetlandy Szkocji, biskupi milczą, królowa przeciwnie, a pastorzy boją się gniewu Bożego



9 września br. w portalu Christianitas.org ukazał się tekst mego autorstwa dotyczący Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) i w ogóle historii obecności Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej – redakcja nadała mu tytuł „Anglia mówi «nie»”; dzisiaj w tym samym portalu opublikowany został inny mój tekst, tym razem dotyczący zbliżającego się referendum niepodległościowego w Szkocji, który nieco prowokacyjnie zatytułowałem „Czy na Szkocję spadnie gniew Boży?” 

Linki są aktywne – zachęcam do lektury (artykuł pt. „Anglia mówi «nie» ukaże się również w najbliższym numerze pisma Christianitas). 

Jakub Pytel

12.09.2014

Bł. kard. Newman o Maryi



12 września, święto Najświętszego Imienia Maryi. Przypominam trzy kazania bł. kard. Newmana poświęcone Matce Bożej i opublikowane w tym blogu: 

Najświętsza Maryja Panna w Ewangelii (tłum. poprawione), O godności Maryi i O nabożeństwie różańcowym – wszystkie w przekładzie P. K. Długosza.

Jakub Pytel

10.09.2014

Nie przenoście nam Fultona do Peorii!



Przed kilkoma dniami ordynariusz diecezji Peoria w Illinois (USA) bp Daniel Jenky ogłosił, że starania o beatyfikację bp Fultona Sheena, znakomitego katolickiego (telewizyjnego) kaznodziei, zostały zawieszone na czas nieokreślony. Bp Jenky wyjaśnił, że archidiecezja nowojorska, gdzie złożone są doczesne szczątki Sługi Bożego, nie zezwoliła na ich przeniesienie do Peorii w celu przeprowadzenia oficjalnych badań i pobrania relikwii, a w związku z tym Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych postanowiła o zawieszeniu procesu beatyfikacyjnego i przeniesieniu akt do swojego archiwum historycznego.

Wiadomość mocno zaskoczyła i rozczarowała wiernych pragnących rychłej beatyfikacji bp. Sheena. Zawód jest tym większy, że mogło do niej dojść już w przyszłym roku. W Internecie zawrzało, wylała się żółć, a kard. Timothy Dolan, arcybiskup metropolita Nowego Jorku i rzekomy winowajca całego zamieszania jest odsądzany od czci i wiary. Pytanie czy słusznie i czy nie należałoby jednak zapytać również bp. Jenky’ego czy nieco się nie zagalopował i nie zagubił priorytetów.

Bp Jenky i wierni z Illinois niezaprzeczalnie mają największy wkład w sprawę beatyfikacji bp. Sheena, bo to diecezja Peoria wszczęła proces i to jej wierni ponieśli największy związany z tym wysiłek – duchowy, organizacyjny, ale również finansowy. Problem w tym, że część z nich chyba potraktowała to jako rodzaj inwestycji, która w przyszłości ma zaprocentować, a sam bp Jenky w pewnym momencie po prostu przelicytował i przegrał.

Jest całkiem sporo powodów, dla których trudno żywić sympatię do kard. Dolana (i nie chodzi o to, że jest Amerykaninem, bo akurat za to nic nie może), a popierać bp. Jenky'ego (politykę prezydenta Obamy nazywa po imieniu, jak rzadko kto w amerykańskim episkopacie), ale w tej sprawie stoję po stronie kardynała – przynajmniej dokąd ktoś mnie nie przekona, że błądzę. Odrzucam argument, że oto zły, liberalny, modernistyczny, masoński i prohomoseksualny kard. Dolan utrącił sprawę beatyfikacji konserwatywnego i cieszącego się autentycznym kultem bp Sheena, bo „współcześni biskupi nie chcą być tacy jak on”. Owszem, zgadzam się, że większość nie chce, ale nawet jeśli wśród nich jest kard. Dolan, to powodów, dla których nie wydał ciała Sługi Bożego diecezji Peoria było wiele i nie są ani gorszące, ani szczególnie trudne do zrozumienia.  

Owszem, mały Fulton (a właściwie Peter) urodził się w El Paso w Illinois, a zatem na terenie diecezji Peoria, i posługiwał jako ministrant w tamtejszej katedrze. Tyle, że duży Fulton otrzymał sakrę biskupią w Nowym Jorku i posługiwał w tamtejszej katedrze jako biskup pomocniczy (także jako sufragan w Rochester) i życzył sobie zostać tam pochowany. Jego życzeniu stało się zadość i spoczął w krypcie katedry św. Patryka na Manhattanie. Bp Jenky uważa, że skoro to on, a nie kard. Dolan wszczął proces beatyfikacyjny, to doczesne szczątki należą się Peorii a nie Nowemu Jorkowi. Pytanie dlaczego? Bo to Jenky, a nie Dolan „załatwił” Słudze Bożemu aureolę? Absurd. Rozumiem rozczarowanie katolików z Peorii, ale nie wierzę, że to miasto (porównywalne z Grudziądzem), które od Chicago, Indianapolis i St Louis dzieli po 200 mil, będzie lepszym miejscem na sanktuarium bł. bp. Fultona Sheena niż katedra w Nowym Jorku. Poza tym obawiam się, że jeśli sanktuarium bł. Fultona w Peorii nie miałoby zostać szybko zapomniane, to chcąc nie chcąc tamtejsi katolicy musieliby urządzić wokół niego przynajmniej coś na kształt Disneylandu.

Bp. Jenky doprowadził całą sprawę niemal do końca, ale zamiast skupić się na dobru sprawy i przyjąć rozsądne warunki kard. Dolana („Odnośnie do pobrania relikwii pierwszej klasy, kard. Dolan sprzeciwia się rozczłonkowaniu ciała abp. Sheena. Jeśli jednak ciało zostanie ekshumowane, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w trumnie zostaną odnalezione jakieś szczątki, które mogłyby zostać pobrane z czcią bez naruszania ciała, a następnie można by się było z nimi szczodrze podzielić z Diecezją Peoria. Rodzina nie ma nic przeciwko temu i oczekujemy stosownych instrukcji z Rzymu” – cyt. z oświadczenia dla mediów), postanowił spróbować postawić go pod ścianą, tak, jakby sądził, że wygra w Rzymie z kardynałem arcybiskupem Nowego Jorku. Nie rozumiał, że jeśli Kongregacja ds. Świętych zwraca się do Archidiecezji Nowojorskiej i do Diecezji Peoria z prośbą o podjęcie dialogu w celu podjęcia kroków pozwalających osiągnąć postęp w procesie beatyfikacyjnym”, to znaczy, że nikt nie jest zainteresowany występowaniem przeciwko kard. Dolanowi – postulaty, żeby papież Franciszek „chwytał w tej sprawie za telefon” są równie poważne, jak cała ta medialna wojenka rozpętana przez bp. Jenky’ego.  

Jednak nie ma tego złego. Kult sługi Bożego bp. Fultona Sheena został wystawiony na próbę, dzięki której będą mogły zostać rozwiane ewentualne wątpliwości dotyczące jego trwałości; być może będzie to czas, w którym kolejni ludzie dostąpią łask, a może i zdarzy się drugi cud – dawne prawo kanoniczne wymagało dwóch, a nawet trzech cudów, a skoro bp Sheen był konserwatystą…

Jakub Pytel

06.09.2014

Lękam się Anglików


Lękam się Danajów, nawet gdy przynoszą dary – tymi słowy Laokoon ostrzegał mieszkańców Troi przed wiarołomnością Greków. Ta przestroga przyszła mi na myśl, gdy słuchałem przemówienia premiera Wielkiej Brytanii wygłoszonego podczas szczytu NATO w Newport. David Cameron zaskoczył polskiego prezydenta i ministra obrony hojną deklaracją, że to w naszym kraju ma zostać ulokowane dowództwo natowskiej „szpicy” i główny trzon jej sił. Wydawałoby się, że słowa pierwszego ministra rządu Jej Królewskiej Mości, które przecież padły w kontekście wzrastającego rosyjskiego zagrożenia, powinny cieszyć. Tymczasem nietrudno o skojarzenie z jednostronnymi gwarancjami brytyjskimi z marca 1939 r., które w konsekwencji ściągnęły cały impet pierwszego niemieckiego uderzenia na nasz kraj. Rozumiem, że teraz sytuacja jest zupełnie inna, że wszelkie analogie do czasów II wojny światowej są kulawe, że dziś Brytyjczycy chętnie będą ginąć za Białystok, że nie jesteśmy narażeni na cios w plecy, bo nasze tyły zabezpieczają wierni niemieccy sojusznicy, którzy przecież w żadnym razie nie porozumieją się z Rosją… Cóż, mimo to mój niepokój wciąż wzrasta. Na szczęście na Wyspach jest dość młodych Polaków, którzy mogą stać się zaczynem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a i premier Rzeczpospolitej i jego ministrowie też zdają się być gotowi do ewakuacji z kraju. Niech tylko prezydent Putin zaczeka z decyzjami do listopada, bo kolejny bilet lotniczy do Luton mam zarezerwowany dopiero na październik.

Jakub Pytel

20.08.2014

Ministerstwo Prawdy SI



Studenci Wydziału Filozofii Towarzystwa Jezusowego w Zagrzebiu w Chorwacji odnieśli niewielkie, ale godne wspomnienia zwycięstwo w walce o prawdę historyczną i cześć jednego z katolickich błogosławionych. Historia miała miejsce w maju br. W kaplicy uczelni zawieszono portret bł. Iwana Merza (1896-1928) – doktora filozofii, absolwenta uniwersytetów w Wiedniu, Paryżu i Zagrzebiu, wychowawcy młodzieży, założyciela Związku Orła Chorwackiego, promotora Akcji Katolickiej, człowieka, który niestrudzenie działał na rzecz pogłębienia życia sakramentalnego i liturgicznego świeckich i zdecydowanie opowiadał się za zachowaniem języka łacińskiego w obrzędach Mszy (w Chorwacji, ze względu na obecność rytu głagolickiego na południu kraju, kwestii języka liturgicznego zawsze towarzyszyły pewne napięcia). Oczywiście to nie postać błogosławionego wzbudziła wątpliwości, ale sposób jej przedstawienia. Iwan Merz został sportretowany tak, jak na jednej z fotografii z czasów studenckich, ale autor obrazu oprócz nimbu domalował również dłonie, w których błogosławiony, człowiek świecki, trzyma Ciało Pańskie, i to tak, jakby w ten właśnie sposób przyjmował Komunię Świętą. Część studentów głośno zaprotestowała przeciwko tego typu nowinkarskiej propagandzie wykorzystującej postać błogosławionego, a w Internecie szybko pojawiły się zachowane fotografie Iwana Merza przyjmującego Komunię – oczywiście nabożnie, klęcząc i do ust. Niedługo władze uczelni ustąpiły i bluźnierczy portret zastąpiły zgodnym z kanonem obrazem św. Ignacego Loyoli. Zatem warto protestować. Niestety, co stało się z portretem bł. Iwana, czy zostanie przemalowany i zajmie godne miejsce, nic mi nie wiadomo. 

Jakub Pytel 


16.08.2014

Bł. Jan Henryk kard. Newman: „Religijne tchórzostwo”


Zamieszczam w blogu kazanie Jana Henryka Newmana, by uczcić 124 rocznicę jego narodzin dla nieba (kardynał zmarł 11 sierpnia 1890 r.). Błogosławiony przygotował je na święto św. Marka Apostoła i Ewangelisty, ale nie chcę czekać z publikacją aż do kwietnia, bo w tych dniach, gdy z perspektywy sytego i mimo wszystko bezpiecznego Zachodu możemy przyglądać się męczeństwu chrześcijan na Bliskim Wschodzie, nabiera ono szczególnej aktualności. 


Wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana! (Hbr 12, 12)

Oto główne wydarzenia z biografii św. Marka: po pierwsze, był siostrzeńcem Barnaby i wraz z nim oraz św. Pawłem wyruszył w pierwszą podróż apostolską, by zaraz potem ich opuścić i powrócić do Jerozolimy. Po jakimś jednak czasie został w Rzymie pomocnikiem św. Piotra, gdzie, opierając się przede wszystkim na przekazach tego Apostoła, spisał swoją Ewangelię. A w końcu, wysłany przez Piotra do Aleksandrii w Egipcie, założył tam jeden z najbardziej rygorystycznych i potężnych kościołów pierwszych wieków.

Widzimy zatem dwie skrajności w życiu Marka: najpierw, gdy tylko pojawiło się niebezpieczeństwo, porzucił sprawę Ewangelii, a następnie nie tylko sprawdził się jako zwykły chrześcijanin, lecz okazał się także bardzo sumiennym i skrupulatnym sługą Bożym - jako założyciel i rządca najsurowszego kościoła aleksandryjskiego. Można sądzić, że zmiana ta dokonała się pod wpływem św. Piotra, który, jak przystało, nawrócił tchórzliwego i upadającego ucznia.

Wydarzenia z życia św. Marka są dla nas zachętą i pociechą, pokazują bowiem, że dzięki łasce Bożej najsłabsi spośród nas stają się silni. Zarazem jednak historia Ewangelisty niesie dla nas ostrzeżenie, byśmy nie byli zadufani w sobie; byśmy nie pogardzali słabszymi braćmi ani też nie tracili co do nich nadziei, lecz żebyśmy nieśli ich ciężary; żebyśmy pomogli im iść naprzód i podźwignęli ich z upadku, jeżeli zajdzie taka potrzeba. A teraz  zajmijmy się zagadnieniem, które jest przedmiotem dzisiejszych rozważań.

Niektórzy ludzie są z natury porywczy i aktywni, inni zaś kochają spokój i łatwo się poddają. Otóż nadgorliwi muszą otrzeźwieć, a leniwych trzeba pobudzić do działania. Weźmy na przykład Mojżesza – jego historia ukazuje nam człowieka dumnego i gwałtownego, który jednak nauczył się nad sobą panować i stał się niezwykle łagodny. Wielkość przemiany jaka się w nim dokonała, gdy ze straszliwego – choć zarazem uczciwego – mściciela swoich braci stał się najłagodniejszym człowiekiem na ziemi, poświadcza potęgę wiary i wpływu, jaki Duch Święty wywiera na [ludzkie] serce.

Historia św. Marka dostarcza przykładu innej, rzadszej przemiany, kiedy to miejsce strachu zajmuje odwaga. A chociaż trudno okiełznać co bardziej gwałtowne namiętności, to jestem  przekonany, że jeszcze trudniej przezwyciężyć skłonność do lenistwa, tchórzostwa i małoduszności. Złe te skłonności przyczepiają się do człowieka i ciągną go w dół. Są to niewidzialne łańcuchy, które ze wszystkich stron przykuwają go do ziemi – tak, że ani nie może się obrócić, ani uczynić wysiłku, by powstać. Wydaje się zatem, że leniwym umysłom dobre zasady trzeba dopiero zaszczepić, podczas gdy charaktery gwałtowne i uparte posiadają już coś ze stałości i gorliwości – czy może raczej coś, co dzięki odpowiedniej trosce i z Bożym błogosławieństwem rozwinie się w stałość i gorliwość. Poza tym wydarzenia życia wywierają potężny wpływ uspokajający i trzeźwiący na charaktery gorliwe i nazbyt pewne siebie. Rozczarowania, ból, troska, niepokój, starzenie się zwykłą koleją losu przynoszą ze sobą pewną naturalną mądrość. A chociaż taka spóźniona poprawa świadczy o słabej wierze, to jednak możemy ufać, że Duch Święty często błogosławi tego rodzaju środki – aczkolwiek niespiesznie i w sposób niezauważalny. Z drugiej strony te same czynniki jedynie wzmacniają braki i wady u chwiejnych i bojaźliwych, którzy z biegiem lat stają się jeszcze bardziej leniwi, egoistyczni i tchórzliwi, znajdując swego rodzaju usprawiedliwienie dla swojej złej ostrożności w doświadczeniach zmienności fortuny.
  
Dlatego też przemianę, jaka dokonała się u św. Marka, uznać można za w swej istocie jeszcze bardziej zadziwiającą niż ta, której uległ Prawodawca Żydów. Oto wiara uczyniła słabego człowieka mocnym, a on sam stał się przykładem przypominającym o jeszcze wspanialszych i cudowniejszych darach ostatniego, duchowego Przymierza.

Zastanówcie się, w czym tkwiła słabość św. Marka. Obserwuje się coś takiego, jak nagła dezercja spowodowana nadmierną pewnością siebie. Jej przykładem może być św. Piotr, który nazbyt ufał swoim emocjom i dobrym chęciom: był uczciwy i szczery i zdawało mu się, że może zrobić, co zechce. A jednak jak daleko od siebie leżą chęci i uczynki! – a przecież mamy skłonność, aby je ze sobą mylić. Oczywiście, niekiedy gorące pragnienie potrafi mocą nagłego porywu przezwyciężyć trudności i osiągnąć zamierzony cel mimo braku doświadczenia. Nie ulega wątpliwości, że entuzjazm czyni cuda: przecież nawet ludzie słabej kondycji w sytuacji skrajnego pobudzenia mogą zadawać ciosy o niebywałej sile. Czasami zapał pobudza nas do wysiłku, a gdy w ten sposób pierwsze przeszkody zostaną usunięte, nasze działania biegną utartym torem przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy. Od czasu do czasu jesteśmy świadkami tego rodzaju sytuacji i zaczynamy mieć wrażenie (choć niepodparte naszym własnym doświadczeniem), że energiczny temperament stanowi warunek powodzenia w każdym działaniu. A kiedy w samotności wyobrażamy sobie, jak to trudzimy się, biorąc udział w jakimś wielkim przedsięwzięciu, lub też gdy widzimy, jak inni rzeczywiście postępują mężnie i uczciwie, heroizm wydaje się nam czymś tak łatwym, że nie dopuszczamy myśli, że możemy upaść, jeżeli okoliczności postawią nas przed jakimś trudnym zadaniem. Św. Piotrowi zdawało się, że może wytrwać w dobrym, dlatego że chciał wytrwać. Upadł, ponieważ nie zdawał sobie sprawy, jak trudne jest to, czego pragnął.
  
W życiu św. Marka nie znajdujemy jednak dowodów na to, że był zadufany w sobie. Tę nadmierną pewność siebie możemy natomiast zaobserwować u tak bardzo licznych ludzi żyjących współcześnie. Ludziom tym towarzyszą w życiu pewne wyobrażenia religijne: otrzymali dobre wychowanie, znają Prawdę, zachowują się godnie i przyzwoicie, dopóki niebezpieczeństwo jest daleko. Kiedy jednak pojawią się jakieś nieoczekiwane próby, wówczas kompromitują swoją religię. Matka Marka cieszyła się pewnym wpływem wśród chrześcijan jerozolimskich, a jej brat, Barnaba, był wybitnym apostołem. Nie ulega wątpliwości, że Marek został wychowany religijnie, a że przyjaźnił się z Apostołami i żył w samym centrum czystego Kościoła Chrystusowego, więc mógł oglądać najlepsze przykłady świętości, słuchać najczystszej nauki, być świadkiem najpełniejszego działania łaski i żył chroniony przed pokusami. Wreszcie nadszedł czas próby, kiedy miało się okazać, ile warta była jego wiara i posłuszeństwo. Paweł i Barnaba zostali wysłani, by głosić Ewangelię poganom. Zabrali ze sobą Marka w roli pomocnika. Najpierw popłynęli na Cypr, skąd pochodził Barnaba: opłynęli wyspę, a następnie udali się w kierunku stałego lądu. Jak się wydaje, była to ich pierwsza podróż do nieznanego kraju. Perspektywa niebezpieczeństw zniechęciła jednak Marka, który powrócił do Jerozolimy.

Któż jednak nie dostrzega, że taki charakter, że tego rodzaju próby i taki upadek należą do innych epok – oprócz czasów apostolskich? Albo może postawmy sobie to pytanie bardziej konkretnie: któż zaprzeczy, że mamy dziś w Kościele rzesze wiernych, którzy w swoim wnętrzu nie znajdują nic, co by wyrastało ponad bierną wiarę i cnotę? – a przecież, jak pokazuje przypadek św. Marka, okazały one się tak bardzo niewystarczające w obliczu nawet niewielkich przeciwności! Któż w czasach takich jak nasze, gdy siła i wytrwałość chrześcijan rzadko poddawane są próbie, nie żywi w swoim sercu wątpliwości, czy, jego własna lojalność wobec sprawy Zbawiciela nie okazałaby się przypadkiem równie słaba i niestała jak wiara siostrzeńca wielkiego Apostoła? Kiedy Kościół zażywa pokoju – jak to od dawna ma miejsce w tym kraju, kiedy społeczeństwo zachowuje porządek publiczny i chroni prawa tyczące osób i własności, zachodzi bardzo poważne niebezpieczeństwo, że osądzać siebie będziemy według tego co zewnętrzne, a nie tego co wewnątrz nas. Bycie chrześcijaninem jest dla nas czymś oczywistym: dobrze nas wychowano i stale pamiętamy o chrześcijańskich zasadach. Ale, jakkolwiek wielkim przywilejem i obowiązkiem jest wykorzystywać środki łaski, czytanie i modlitwa nie wystarczą: nigdy same z siebie nie zrobią z nas prawdziwych chrześcijan. Dadzą nam prawdziwą wiedzę i wzbudzą dobre uczucia, ale nie przyniosą nam ani mocnej wiary, ani wytrwałego posłuszeństwa. W prosperującym Kościele znajdzie się wielu chrześcijan pokroju Marka – zupełnie nieprzygotowanych na trudności, gdyby te miały nadejść. Ludzie ci od dawna przywykli do zewnętrznego spokoju i nie lubią, gdy im przypominać, że niebezpieczeństwo jest blisko. Mają w zwyczaju wyobrażać sobie, że będą żyli i umrą w pokoju. Patrzą na wydarzenia w świecie i mówią o nich z pogodą ducha, samych siebie oszukując. Wreszcie, by spełniły się ich przewidywania i aby uczynić zadość własnym życzeniom, idą na ustępstwa i poświęcają sprawę chrześcijaństwa, żeby niewierzący nie mogli przypuścić na nie otwartego ataku. Niektórzy z nich to ludzie wykształceni i o wyrafinowanych upodobaniach. Tacy cofają się przed niespokojnym życiem pielgrzymów, do którego zostali powołani, jak przed czymś dziwnym, obcym i nierozumnym. Tych, którzy przyjmują mniej skomplikowany pogląd na temat obowiązków i perspektyw Kościoła, uważają za lekkomyślnych i nieopanowanych entuzjastów lub za ludzi upartych i przekornych. By ująć rzecz prostym językiem – znoszenie prześladowań nie jest, jak to się mówi, ich żywiołem, nie są w stanie w nim oddychać. Niestety, jakże odmienna to postawa od postawy Apostoła, który nauczył się, jak być zadowolonym w każdej możliwej sytuacji, w jakiej się znalazł, i który stał się wszystkim dla wszystkich. Co zatem możemy zrobić, jeżeli przychodzą chwile, gdy czujemy, iż długi czas bezpieczeństwa uczynił nas ospałymi i leniwymi, i że wiedzeni pokusą wolimy skarby Egiptu od nagany Chrystusa? Co powinniśmy zrobić – jak nie prosić Boga, aby zechciał w ten czy inny sposób wypróbować serce Kościoła; by dotknął nas cierpieniem w tym świecie, a nie po śmierci? A chociaż straszliwa jest wizja tymczasowego tryumfu szatana i chociaż przerażająco dudnią kopyta koni jego jeźdźców, i chociaż ohydna jest sprawa, za którą walczą, to lepiej przecież, aby spadło na nas tego rodzaju nieszczęście, niż by zakątki naszego dziedzictwa stały się kryjówkami ducha pobłażliwości [dla grzechu] i siedzibami szkoły letniości. Wolę, aby Bóg powstał i straszliwie wstrząsnął ziemią (chociaż przerażająca to modlitwa), niż aby pośród nas ukrywali się hipokryci, a dusze szły na zatracenie przez teraźniejsze łatwe, spokojne i beztroskie życie! Niechaj powstanie Pan i, jeżeli nie ma innej możliwości, niech oczyści nas poprzez swoją słodką dyscyplinę – na ile nasze serca są w stanie to udźwignąć. Niechaj ujawni nasze grzechy w tym świecie, abyśmy nie zostali potępieni w Dniu  Sądu. Niech zawstydzi nas tutaj i zgani poprzez usta sług swoich; niech przywróci nam łaskę i poprowadzi nas lepszą drogą do prawdziwszej, świętszej nadziei! Niechaj przesieje nas, aż odpadną wszystkie plewy! I chociaż błagając Go o to, nie wiemy, o co prosimy, to przecież czujemy, że cel jako taki jest dobry, lecz nie umiemy właściwie ocenić, jak straszna będzie kara oczyszczająca, o której z taką łatwością rozprawiamy. Niewątpliwie nie jesteśmy w stanie ogarnąć i zgłębić przerażających sądów Bożych – nasze słowa są po prostu tanie. A jednak posługiwanie się nimi nie może być czymś złym, skoro są najlepszą ofiarą, jaką jesteśmy w stanie złożyć Bogu, błagając Go, aby nas prowadził i aby dał nam siłę na miarę prób i trudności, których doświadczamy. Wydajmy więc spośród siebie nauczycieli Ewangelii dla bojaźliwych dezerterów, którzy porzucili sprawę prawdy. Głośmy słowa Chrystusa, powstawajmy umocnieni naszymi cierpieniami i budujmy Kościół wierny, surowy i gorliwy – Kościół tych, którzy gardzą tym światem, ceniąc go o tyle, o ile prowadzi do świata innego.

W końcu, nie dopuśćmy do tego, byśmy dla wybujałej wyobraźni i z powodu próżnej tęsknoty za odległą przeszłością zapomnieli o dobrych aspektach obecnej rzeczywistości, w której żyjemy. Nie potrzebujemy znosić trudności, z którymi zmagali się Apostołowie, aby posiąść ich wiarę. Nawet w najspokojniejszych czasach możemy osiągnąć wielką świętość, jeżeli udoskonalimy te środki, jakie nam dano. Próby pojawiają się wówczas, gdy zapominamy o otrzymanych łaskach — aby nam o nich przypomnieć i żeby nas nauczyć jak powinniśmy się nimi cieszyć i właściwie wykorzystać.

(John Henry Newman, „Religious Cowardice” w Parochial and Plain Sermons, t.2, London 1908, s.175 – 182., tłum. Paweł K. Długosz)

12.08.2014

René Lefebvre i „polski obóz koncentracyjny”



Słońsk koło Kostrzyna nad Odrą – dawny niemiecki Sonnenburg. W tym miasteczku od lat 30 XIX w. funkcjonowało pruskie ciężkie więzienie, gdzie wyroki odbywali m.in. Karol Libelt i syn gen. Jana Henryka Dąbrowskiego – Bronisław. W 1930 r. więzienie zamknięto ze względu na katastrofalne warunki sanitarne, jednak już trzy lata później, po wyborczym zwycięstwie Adolfa Hitlera i dojściu do władzy Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników w jego murach zorganizowano obóz koncentracyjny (tzw. „wczesny” lub „dziki”), w którym narodowi socjaliści osadzali przeciwników politycznych – głównie komunistów i pacyfistów. Obóz funkcjonował przez rok, później znów było tam więzienie kryminalne, które podczas II wojny światowej zostało przekształcone w „placówkę specjalnego przeznaczenia”, gdzie przetrzymywano członków ruchu oporu z krajów okupowanych przez Rzeszę Niemiecką. W 1942 r. do Sonnenburga trafił René Lefebvre – członek francuskiego podziemia, ojciec ks. Marcelego Lefebvre’a, późniejszego arcybiskupa i założyciela Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. W marcu 1944 r., na dziesięć miesięcy przed zajęciem miasteczka przez Sowietów, Lefebvre zmarł na skutek chorób i wycieńczenia organizmu spowodowanego niewolniczą pracą.

W 2012 r. ukazał się film dokumentalny pt. „Arcybiskup Lefebvre – biskup podczas burzy” oparty na biografii pióra bp. Bernarda Tissier de Mallerais’go. Autor książki, której polski przekład ukazał się dwa lata wcześniej, napisał że René Lefebvre dokonał żywota w obozie w Sonnenburgu, ale nie wspomniał, że to miasteczko leży obecnie na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej i nosi nazwę Słońsk. Czy powinien był tak zrobić? Z punktu widzenia polskich wiernych związanych z FSSPX jest to cenna informacja, ale z perspektywy całości publikacji niewiele wnosząca – w końcu Sonnenburg był miastem niemieckim, obóz został stworzony przez Niemców dla ich wrogów, Lefebvre’a na śmierć skazali Niemcy, a on sam nie doczekał ani wyzwolenia, ani tym bardziej objęcia tych ziem przez polską administrację. To „zaniedbanie” autora biografii „naprawili” twórcy filmu. Oto w jego czwartej minucie można zobaczyć Josepha Lefebvre’a opowiadającego o działalności ojca w ruchu oporu i o tym, że po aresztowaniu został on przetransportowany do obozu koncentracyjnego w Sonnenburgu – chwilę później francuski lektor informuje, że Rene Lefebvre „umarł w polskim obozie w Sonnenburgu 4 marca 1944 r.”. 

Sformułowanie „polskie obozy (koncentracyjne)” powinno budzić sprzeciw. I na szczęście budzi. I to coraz większy, bo ze skrótu myślowego – pojęcie „polish death camp” po raz pierwszy zostało użyte w 1944 r. w napisanym w bardzo życzliwym tonie artykule o Janie Karskim opublikowanym w amerykańskim magazynie Collier’s – przerodziło się w doskonałe narzędzie kłamliwej polityki historycznej i antypolskiej propagandy (w niemieckiej prasie można było spotkać określenia w rodzaju „polnische Häuser des Todes”, „polnische Vernichtungslager”, „polnische Vernichtungslager Sobibor und Treblinka”). Ale taki sprzeciw nie może być bezrozumny i histeryczny. Tymczasem w związku z filmem o abp. Lefebvrze w Internecie już odezwały się głosy, że rzecz została zamierzona, bo zachodnioeuropejscy katoliccy tradycjonaliści – wszyscy bez wyjątku, nie tylko Niemcy – są polakożercami, cichymi wielbicielami nazizmu i w ogóle wrogami „bękarta traktatu wersalskiego” – Polski. 

Goethe napisał, że „nieporozumienia i zaniedbania więcej powodują zamieszania w świecie niż podstępy i złośliwość”, a Hanlon przekształcił te słowa w bardziej dosadną naukową regułę metodologiczną, która brzmi: „Nigdy nie przypisuj złej woli temu, co można wystarczająco wyjaśnić głupotą”. Akurat ostatnią rzeczą potrzebną Bractwu Kapłańskiemu Świętego Piusa X jest angażowanie się w podobne kontrowersje natury historycznej, czego dowodzi burza, która nastąpiła po wywiadzie bp. Richarda Williamsona, niegdyś członka FSSPX, który zakwestionował skalę niemieckich zbrodni z czasów II wojny światowej. Skoro tak, to trudno przypuszczać, by słowa o „polskim obozie” zostały zastosowane celowo i ze świadomością, że mogą urazić wiernych w kraju, w którym misja piusowców rozwija się stosunkowo dynamicznie, a kapłani Bractwa cieszą się szacunkiem i sympatią.

Autorem komentarza do filmu jest młody francuski historyk Kościoła Jacques-Regis du Cray, który dotąd nie dał powodów, by móc go oskarżyć o niechęć do Polski i Polaków. Podobnie trudno dopatrywać się antypolonizmu u ks. Jeana-Marca Ledermanna, konsultanta historycznego tej produkcji. Owszem, po czymś takim można zarzucić im bezrefleksyjność jeśli nie ignorancję, ale podobną wykazali się tłumacze wersji angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i portugalskiej – czy wszystkich ich oskarżymy o antypolonizm? Jedynie Niemcy, którzy mogliby chcieć oczyścić swój naród z winy, wykazali się uczciwością i w swoim przekładzie, gdy była mowa o obozie koncentracyjnym, pominęli przymiotnik „polski”. Co ciekawe w naszej wersji językowej obóz określony został mianem „niemieckiego”, co jest zgodne z prawdą historyczną, ale nie z wersją oryginalną. Zatem warto byłoby zapytać Wojtka Golonkę (dr. Wojciecha Golonkę?), autora polskiego przekładu, czy zadał sobie trud, żeby zwrócić uwagę pana du Cray na określenie, które nawet jeśli zostało użyte bez złych intencji, pozostaje skandaliczne i obraźliwe.

Jakub Pytel