1.03.2015

Prezydent nie wszedł na żadne krzesło. Jest znacznie gorzej



Stanowczo uważam, że w krajach nietkniętych stopą rzymskiego legionisty nie może być niczego interesującego. Wiem, że jest to pogląd nieprawdziwy, ale mocno się go trzymam, bo chroni mnie przed poczuciem straty wynikającym ze świadomości, że pewnie w życiu nie uda mi się zwiedzić zbyt wielu miejsc położonych poza Europą i basenem Morza Śródziemnego. Również dlatego w swoich zainteresowaniach jestem dość europocentryczny. W latach ubiegłych uczyniłem jednak pewien wyjątek – dla Japonii. I to wcale nie pod wpływem oglądanych w dzieciństwie seriali „Shogun” czy „Oshin”, ale ze względu na postać św. Maksymiliana Kolbe, który w Japonii posługiwał jako misjonarz. 

O Kraju Kwitnącej Wiśni wiem tyle, by móc ocenić, że po wizycie prezydenta Komorowskiego Polacy jeszcze długo nie będą tam postrzegani jako naród ludzi poważnych. I wcale nie chodzi o to, że Komorowski zwiedzając budynek japońskiego parlamentu stanął na krześle spikera – wbrew doniesieniom mediów wcale tak nie było. Chodzi o to, że prezydent po prostu zlekceważył gospodarzy swoją ignorancją i bezceremonialnością, a w krajach o kulturze wysokokontekstowej, czyli takich jak Japonia, gdzie przywiązuje się wielką wagę do komunikatów niewerbalnych, niełatwo o zatarcie złego wrażenia.

Od razu wyjaśnijmy tę najgłośniejszą z wpadek prezydenta. Otóż Komorowski nie wszedł na żadne krzesło, a tym bardziej fotel spikera japońskiej Izby Radców – izby wyższej tamtejszego parlamentu. Wygląda na to, że wchodząc na mównicę stanął na znajdującym się tam stopniu podestu, na którym ustawiony jest stół, za którym zasiada spiker; cała ta konstrukcja jest mobilna, bo usuwa się ją zawsze, gdy do członków Izby przemawia cesarz, którego tron stoi jeszcze wyżej, za białą zasłoną. Na stopniu, na którym stanął prezydent Komorowski niekiedy pozuje do pamiątkowych zdjęć drugi rząd członków wieloosobowych delegacji (być może da się go usunąć, a z okazji takich wizyt jest on tam dostawiany - tego nie wiem). Prezydent nie zrobił zatem niczego bardziej niestosownego niż wszystkie inne niestosowności, których się tam dopuścił. Bo Komorowski nie zwiedzał japońskiego parlamentu jako turysta, ale jako głowa państwa, a jednak zachowywał się z luzem, na który mógłby sobie pozwolić jedynie podczas nieoficjalnej wizyty w amerykańskim Białym Domu (oczywiście gdyby potrafił; a nie potrafi, co udowodnił w 2010 r., gdy podczas oficjalnej wizyty w Waszyngtonie przed kamerami telewizyjnymi opowiadał prezydentowi Obamie nieudane żarty o bigosowaniu, polowaniach i pilnowaniu żon). Japońscy gospodarze musieli być bardzo zdziwieni faktem, że głowa obcego państwa gotowa jest zrobić coś więcej niż wejść do sali, przystanąć w miejscu, z którego jest dobry widok na cesarski tron i prezydium i np. zapytać o historię i elementy wystroju, a później stanąć do oficjalnej fotografii wykonanej przez profesjonalnego fotografa. Tymczasem polski prezydent zachował się jak nieokrzesany turysta, który koniecznie chciał mieć nie tylko zrobione zdjęcie na mównicy, ale jeszcze usiłował majstrować przy aparaturze nagłaśniającej. Gospodarze byli wyraźnie zakłopotani – nie został poproszony, by przemówić do członków Izby; czy może miał o to żal? 

Podobną kwestię stanowi nazwanie generała Kozieja „szogunem”. Nie jest to oczywiście inwektywa, ale cała sytuacja była bardzo niestosowna, gdy wziąć pod uwagę, że siogunowie (tak powinno się pisać i wymawiać ten tytuł) byli najpierw wybieralnymi dowódcami wojskowymi, a z czasem stali się dyktatorami ograniczającymi władzę cesarzy, a często po prostu ich więzili. To właśnie za czasów panowania pradziadka obecnego cesarza Japończycy obalili ostatniego sioguna i udanie zmodernizowali państwo. Trzeba wiedzieć, że siogunat obalili samurajowie, a tymczasem Komorowski mówił, że „skoro gen. Koziej został szogunem, to biznesmeni mogą zostać samurajami biznesu”. Pominąwszy fakt, że to po prostu głupoty należy stwierdzić, że takie słowa prezydenta musiały zostać odebrane jako kolejny wyraz lekceważenia; jako dowód na to, że Komorowski, który od miesięcy wiedział o planowanej wizycie w Kraju Kwitnącej Wiśni, nie zadał sobie trudu przeczytania jakiejkolwiek publikacji na jego temat. Inaczej nie ryzykowałby żartów o sprawach, o których nie ma bladego pojęcia i nie ujawniał kompromitującego faktu, że wszystko, co wie o Japonii zaczerpnął z serialu z Richardem Chamberlainem w roli głównej. Trudno określić taką sytuację inaczej niż jako wywołującą największe zażenowanie.

Należy być wdzięcznym Opatrzności, że gospodarze już wcześniej obrazili się na Prezydenta Rzeczpospolitej, który jesienią pod wydumanym pretekstem „powyborczego zamieszania” odwołał wizytę w Japonii, i nadali całemu wydarzeniu dość skromną oprawę. Gdyby wizyta Komorowskiego odbywała się z pełnym ceremoniałem, to z pewnością najedlibyśmy się jeszcze większego wstydu – skoro w 2011 r. „wujek Bronek” podpijał szampana z kieliszka królowej Sylwii, to tym razem mógłby komuś wykłuć oko pałeczkami. 

Uratować tę wizytę mógł tylko Stanisław Koziej. Skoro pomimo generalskim szlifów okazał się być jedynie prezydenckim totumfackim, to powinien był ratować honor oficera i popełnić seppuku. Z pewnością polska delegacja zyskałaby w oczach gospodarzy. 

Jakub Pytel