3.01.2015

Przewielebna Libby Lane i lordowie duchowni



W lipcu 2014 r. Synod Generalny Kościoła Anglii uchwalił prawo umożliwiające udzielanie sakry biskupiej kobietom. Zgromadzenie nie było w tej sprawie jednomyślne, a największy opór stawili nie członkowie Izby Biskupów czy Izby Kleru, ale Izby Świeckich.  Mogłoby to dowodzić, że wśród przedstawicieli anglikańskiego laikatu przetrwało najwięcej z tego, co nazywamy sensus catholicus, ale tak naprawdę chodziło o zachowanie dotychczasowego sposobu podejmowania decyzji opartego na kompromisie i o obronę anglokatolickiej mniejszości, która znajdowała się pod olbrzymią presją (w Kościele Anglii wciąż funkcjonuje pewna liczba katolicyzujących parafii, które chcąc pozostać we Wspólnocie Anglikańskiej domagają się różnych koncesji, np. trwałego ustanowienia osobnej męskiej hierarchii, co dla kobiet-księży jest nie do przyjęcia, bo czyni z nich kler drugiej kategorii i przypomina, że ważność ich święceń jest kwestionowana).

Naciski w sprawie ustanowienia w Kościele Anglii kobiet-biskupów były bardzo silne. Wprawdzie w 2012 r. Izba Świeckich zablokowała możliwość podjęcia takiej uchwały na kolejne pięć lat, ale wówczas politycy przypomnieli synodałom, że ich władza w Kościele państwowym jest władzą delegowaną przez parlament, że nikt nie chce prowokować kryzysu konstytucyjnego, ale że wciąż możliwy jest powrót do czasów, gdy to Izba Gmin i lordowie bezpośrednio, mocą ustawy, decydowali o podobnych kwestiach (a ich większość opowiada się za biskupkami), i że powinni się spieszyć, żeby zdążyć przed wyborami w 2015 r. I synod się pospieszył – w lipcu podjęto uchwałę, po wakacjach zajął się nią parlament, a na jesieni podpis złożyła królowa. 

Ale ustanowione prawo to wciąż mało. Potrzebna była pierwsza kobieta-biskup. I to taki najprawdziwszy (najprawdziwsza?) – diecezjalny, ordynariusz i to z prawem zasiadania w Izbie Lordów. Bo niektórzy politycy tak bardzo rozpędzili się w swoim „równościowym” zapale i byli tak pewni swego, że wnieśli pod obrady parlamentu ustawę pozwalającą biskupkom zająć miejsce w Izbie Lordów poza kolejnością (zasiada tam 26 anglikańskich biskupów diecezjalnych: z urzędu abp Canterbury, abp Yorku oraz biskupi Londynu, Durham i Winchester, a pozostałych 21 według starszeństwa sakry). Jednak powoływanie przez premiera biskupów ordynariuszy jest procedurą skomplikowaną, często angażującą stronnictwa polityczne i czasochłonną, ale przede wszystkim wymaga, żeby któryś z dotychczasowych ordynariuszy osiągnął wiek emerytalny lub zrobił tę uprzejmość i umarł. A tak się nie stało. Na domiar złego żaden z nich, pomimo pojawiających się sugestii, taktownie się nie rozchorował i nie zgłosił chęci złożenia urzędu. 

Trzeba było zadowolić się mianowaniem biskupa pomocniczego w jednej z diecezji. Bp Peter Forster, ordynariusz Chester, zadecydował, że jego biskupką-sufraganką będzie Libby Lane (brzmi to jak pseudonim sceniczny wodewilowej aktorki z początków XX wieku, ale wielebna Libby naprawdę nazywa się Elisabeth Jane Holden Lane, dobiega pięćdziesiątki, została wyświęcona już 20 lat temu, a przez ostatnie siedem była proboszczem u św. Elżbiety w Ashley). A skoro Chester należy do metropolii w Yorku, to sakry udzieli jej prymas Anglii abp John Mugabi Sentamu; uczyni to 26 stycznia br. w katedrze pw. św. Piotra w Yorku, jednej z najwspanialszych katedr chrześcijańskiej Europy… 

Oczywiście nie odstąpiono od pomysłu uchwalenia ustawy dającej biskupkom-ordynariuszkom szybszy dostęp do Izby Lordów – będą się cieszyć tym przywilejem przez dekadę. Póki co Libby Lane, jako zaledwie sufragan, tam nie zasiądzie, ale w tym roku kolejni lordowie duchowni (ang. Lords Spiritual) osiągną 70 rok życia i zwolnią nie tylko swoje miejsca w parlamencie, ale również opuszczą swoje katedry. I zapewne zaczną je zajmować biskupki. Z niejakim rozbawieniem oglądałem wywiad z „moim” anglikańskim biskupem, ordynariuszem Lincoln Christopherem Lowsonem, który w tym roku miał dołączyć do prestiżowego grona lordów duchownych, ale będzie musiał obejść się smakiem, i to być może już na zawsze. Lowson mówił, że czuje się „nieco sfrustrowany”, ale nie chodzi o jego osobisty prestiż, ale ot to, że „hrabstwo Lincolnshire jest słabo reprezentowane w parlamencie” i dodał, że „jednak o wiele bardziej frustrującym było czekać na to, aby kobiety mogły być wyświęcane na biskupów”. „Jest absolutnie w porządku – mówił dalej – żeby kobiety-biskupi miały swoją reprezentację na wszystkich poziomach społeczeństwa, parlamentu i Kościoła” i on, Christopher Lowson, niedoszły lord duchowny „z niecierpliwością tego oczekuje”. Łzy w jego oczach z pewnością były łzami szczęścia. 

Dla polskiego czytelnika, dla katolików w naszym kraju, wszystko to może brzmieć jak garść ciekawostek, może nawet nieco zabawnych, lecz bezkompromisowość z jaką w świecie Zachodu traktuje się sprawę „równouprawnienia” płci – bezkompromisowość, która nie zna wyjątków i wkracza również na pole religii – daje pewność, że katolicy będą z tym zagadnieniem coraz mocniej i coraz boleśniej konfrontowani. Znamienne, że o ile jeszcze przed dwiema dekadami kobieta w stroju kapłańskim budziła uśmiech politowania, to dziś, niestety, podobną reakcję zaczynają budzić raczej ci, którzy kwestionują jej „prawo do święceń”. A społeczeństwo przesiąknięte ideami rewolucji obyczajowej lat 60. XX wieku, niebawem w swej zdecydowanej większości nie przyjmie już argumentów bazujących na tradycyjnie uznawanym podziale ról społecznych, na odwołaniu do natury i cech wyróżniających obie płcie, czyli na wiedzy z zakresu psychologii, socjologii czy biologii. Katolicy będą musieli stanąć na twardym gruncie Magisterium i nie wdając się w zbędne dyskusje potarzać za papieżem Janem Pawłem II, że: „Prawdziwa przyczyna [braku niewiast w gronie Apostołów] leży w tym, że Chrystus tak właśnie postanowił, nadając Kościołowi jego podstawową strukturę i jego antropologię teologiczną, zawsze zachowywaną przez Tradycję Kościoła”. 

Trudno przypuszczać, by i ta kwestia nie stała się w końcu powodem oskarżenia katolików o to, że są wrogami rodzaju ludzkiego. 

Jakub Pytel