08.11.2014

Dzieci wrzesińskie ze szkockiego Kirkcaldy



Media donoszą, że kierownictwo marketu Lidl w Kirkcaldy zabroniło polskim pracownikom porozumiewania się między sobą w języku ojczystym, i to nie tylko w czasie pracy, ale również podczas przerw. Organizacje polonijne zaprotestowały, a w sprawie interweniował polski ambasador przy dworze Świętego Jakuba, który zarządzenie nazwał „dyskryminującym”.

W kraju tego typu sytuacja budzi skojarzenia z zaborami, zakazem modlitwy w języku polskim, germanizacją, rusyfikacją i w ogóle wszystkim, co najgorsze. To oczywiste, ale nie należy oburzać się na wyrost, bo sprawa nie jest tak czarno-biała jakby się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Zanim w ogóle zacząć się jej przyglądać, warto sobie przypomnieć czyją własnością jest Lidl i przesadnie nie żałować Polaków dobrowolnie pracujących dla Niemców (niech się cieszą, że nie dostali pasiaków i że na widok menadżerów nie muszą ściągać czapek z głów). Przyjmijmy jednak, że kwatera główna Lidla w Berlinie nie ma ze sprawą nic wspólnego i że wspomniane zarządzenie zostało wydane tylko z inicjatywy szkockiego managementu marketu w Kirkcaldy. Jeśli tak, to niekoniecznie jest to wyraz jakichś narodowych kompleksów czy chęci tyranizowania polskich pracowników, ale po prostu zaprowadzenia jako takiego porządku w firmie. Całkiem niedawno pewien nasz rodak pracujących w dużej fabryce we Wschodniej Anglii zaproponował, żeby dla polepszenia atmosfery w przedsiębiorstwie wszyscy pracownicy przynajmniej starali się porozumiewać w języku angielskim – domyślam się, że miał dość słuchania całymi dniami zwulgaryzowanej wersji mowy Puszkina i żmudzińskich poszczekiwań, bo sprawiały, że sam uwsteczniał się ze swoją angielszczyzną. Życzliwy kierownik poradził mu, żeby się z podobnymi pomysłami nie zdradzał, bo zostanie oskarżony o to, że jest nietolerancyjny i w ogóle, że jest skrytym rasistą; ten sam człowiek po cichu przyznał, że obowiązek mówienia po angielsku wyszedłby imigrantom na dobre, przyczynił się do poprawienia atmosfery pracy i jako takiej integracji załogi, która teraz tworzy w fabryce „narodowe getta”, a może nawet mafie (i to bez cudzysłowu).

Jeśli w zarządzeniu kierownictwa Lidla w Kirkcaldy coś mnie oburza, to, że zakaz jest tak kategoryczny – można było przecież zacząć od zachęt i premiować pracowników czyniących postępy w nauce języka. Za to prawdziwym skandalem jest, że załodze nie wolno rozmawiać po polsku z polskimi klientami. W Anglii podobnej sytuacji nie spotkałem, przeciwnie – przy zakupie sprzętu AGD i wyjaśnianiu szczegółów gwarancji od razu zaproponowano mi pomoc polskiego pracownika, w pubach czeskie kelnerki witały nas głośnym ćeść i „ahoj, ale już np. w sklepach w Edynburgu zagadywani polscy ekspedienci mówili przyciszonym głosem i nerwowo rozglądali się wokół.

Jakub Pytel