05.04.2013

„Arcyksiądz”



Powoli kończy się zamieszanie związane z inauguracją pontyfikatu nowego papieża. Jeszcze tylko odbędzie się jego ingres do bazyliki laterańskiej i wszystko powróci do normalności (o ile w obecnych okolicznościach to w ogóle możliwe). Najważniejsze, że wszyscy ci słynący erudycją rzymscy korespondenci przeróżnych mediów przestaną w końcu wyjaśniając nam, maluczkim, co się dzieje za Spiżową Bramą – i tym razem najwięcej zabawy dostarczył mi „watykanista” TVN, od którego mogliśmy dowiedzieć się m. in., że kard. Comastri pełni urząd archiprezbitera Bazyliki Św. Piotra. Mylił się? Przeciwnie, miał rację! Problem w tym, że na skutek jakichś skomplikowanych procesów myślowych mianował watykańskiego archiprezbitera „arcyksiędzem”. Ale nie on jeden ma tendencję to wyważania otwartych drzwi i zbędnego słowotwórstwa.

Kilku moich znajomych, katolików jak ja (choć bardziej pobożnych), założyło polski oddział pewnego stowarzyszenia wiernych, w którego nazwie znajduje się łaciński człon „archiconfraternitas”. Jak więc powinna brzmieć polska nazwa ich stowarzyszenia? Zapytany o zdanie odpowiedziałem (zastrzegając, że jestem tylko skromnym grafomanem słynącym z błędów interpunkcyjnych i chaotycznej składni), że powinni przyjąć nazwę arcybractwa. Jest to nazwa historyczna, utarta, obecna w polszczyźnie od setek lat, bo od późnego średniowiecza. Jej zaletą jest swojskość brzmienia, powstała bowiem ze spolonizowanego przedrostka „arcy” i polskiego słowa „bractwo”. Jeśli jednak z jakichś powodów chcą, by nazwa ich stowarzyszenia była bliższa łacińskiemu oryginałowi, to mogą przyjąć miano archikonfraterni – również z dawna w polszczyźnie obecnego i złożonego z łacińskiego przedrostka „archi” i z pochodzącego z łaciny słowa „konfraternia” - bractwo. 
   
Gdyby to zależało ode mnie, to wybrałbym nazwę arcybractwo. Otóż w dawnej Polsce („w Polszcze” – chciałoby się powiedzieć) wspólnym zadaniem arcybractw i archikonfraterni były dzieła charytatywne, w ramach których troszczono się zarówno o członków jak i innych potrzebujących. Gdy idzie o inne pola działania, to arcybractwa skupiały się na wydarzeniach liturgicznych, a archikonfraternie – zwykle zwane literackimi, bo ich członkowie musieli umieć czytać i pisać (po łacinie, a jakże!) – zajmowały się szerzeniem oświaty, nauką katechizmu itd. A stowarzyszenie założone przez moich pobożnych znajomych powstało właśnie jako asysta liturgiczna.

Problem w tym, że oni nie chcą być ani arcybractwem ani archikonfraternią. Chcą być arcykonfraternią. Tymczasem taki wyraz po prostu nie istnieje! A jeśli się pojawia, to w prasie religijnej jako zbitka słowna będąca wynikiem błędnego tłumaczenia włoskiego „arciconfraternita”. Jak im to jaśniej wytłumaczyć, jak przekonać?

A może to ja się mylę? Jeśli tak, chętnie przyznam się do błędu.

Czy na sali są poloniści, językoznawcy, historycy?! Pomocy!


Jakub Pytel