06.05.2009

Nocnik w herbie księcia biskupa



Anglików można nie lubić za wiele rzeczy - od kuchni, przez wyspiarski egocentryzm, aż po Jałtę. Jednak nie można nie docenić ich poczucia historycznej ciągłości i specyficznego poczucia humoru, które ratuje ten naród od nadmiaru śmieszności i patosu.

Owo zamiłowanie do historycznych odniesień manifestuje się na różne sposoby. Począwszy od tego, że Wyspiarze godzą się utrzymywać w luksusach kilkadziesiąt spokrewnionych bezrobotnych i ubezwłasnowolnionych osób, tylko po to, by móc nazywać swój kraj Zjednoczonym Królestwem, przez prawne archaizmy regulujące wagę bochenka chleba, a skończywszy na tym, że szyld nad najpodlejszym pubem będzie nawiązywał do historii budynku, rodziny, czy ciekawej lokalnej legendy. Przy tym będzie wykonany zgodnie z wytycznymi Królewskiego Towarzystwa Heraldycznego.

O takiej historycznej ciągłości w Polsce nie mamy co marzyć. Rozbiory, zabory, okupacje, represje, przesiedlenia, komunizm i w końcu awans cywilizacyjny warstw najniższych sprawił, że – w połączeniu ze zmianami po Vaticanum II – nawet w Kościele katolickim tej ciągłości nie zachowano. Heraldycy z MSWiA często pomstują na włodarzy miast i miasteczek, którzy projektują absurdalne w formie i treści herby i sztandary nie mające nic wspólnego ze sztuką heraldyki i weksylologii. Najgorsze, że takiemu opiniowaniu nie podlega radosna twórczość polskiego duchowieństwa.

O tarczy w herbie papieskim za czasów poprzedniego pontyfikatu nie wspominam, bo o zmarłych nic albo dobrze, ale ostatnie dni przyniosły nam „wynalazek” biskupa drohiczyńskiego Antoniego Pacyfika Dydycza. Jest nim flaga i sztandar diecezji mogący z powodzeniem startować w konkursie na największe weksylologiczne kuriozum. Jak podaje KAI „flaga i sztandar zostały przygotowane na tegoroczne obchody Dnia Podlasia i w dziesiątą rocznicę wizyty apostolskiej Jana Pawła II (…). Barwy zostały zaczerpnięte z flag Polski i Watykanu, aby z jednej strony podkreślić kraj pochodzenia kard. Karola Wojtyły późniejszego Jana Pawła II, z drugiej zaś jedność Polski ze Stolicą Apostolską, którą od dawna wyraża zawołanie «Polonia semper Fidelis». (…) Na płacie środkowym został umieszczony tzw. krzyż drohiczyński, będący głównym elementem ołtarza podczas nabożeństwa ekumenicznego w Drohiczynie. Biskup ustanowił również sztandar tej diecezji. Na jego prawej stronie znajdzie się flaga diecezji a na lewej, o barwie naturalnego płótna został umieszczony wizerunek Najświętszej Maryi Panny – Matki Kościoła, głównej patronki diecezji oraz napis w formie półkolistej «diecezja drohiczyńska». Sztandar wyhaftują mniszki klaryski z Hajnówki”.


Wróćmy jednak do Anglii, gdzie „krzyż drohiczyński” nie miałby prawa znaleźć się na żadnym sztandarze (krzyż łaciński, lotaryński, maltański, a pośród nich najsławniejszy „krzyż drohiczyński” – co za megalomania!). Na Wyspie wiadomo, że im herb pospolitszy, im więcej na nim bobrów, srok, zajęcy, czy gadów pełzających, tym herb ciekawszy, starszy, związany z bardziej interesującą historią. Tak, jak nikt nie dziwi się, że Anglicy mają Order Łaźni, czy Podwiązki, tak pewnie nikt nie zdziwiłby się, gdyby w herbie księcia biskupa Durham znalazł się nocnik. A mógłby się tam znaleźć, gdyby – dajmy na to – książę biskup w roku 1297 nocnikiem właśnie zdzielił w łeb szkockiego żołdaka ratując tym samym cześć księżnej Yorku.

Nie twierdzę, że biskup drohiczyński ma umieścić sedes na diecezjalnym sztandarze, jednak taka totustuistyczno-semperfidelistyczna fanfaronada wydaje się równie niestosowna.

Jakub Pytel


---*---

Fragment o najpodlejszym pubie nie tyczy się oczywiście tego Pod Złotym Lwem w Bostonie!