01.10.2008

Wieże Barchesteru czytane przez katolika

Anthony Trollope, Barchester Towers (1857).

Barchester Towers (ang. „Wieże Barchesteru”) to znakomita lektura nie tylko dla czytelników lubiących atmosferę wiktoriańskiej Anglii, ale także zainteresowanych religijnym tłem epoki i realiami panującymi w Kościele anglikańskim. Dla katolika szczególnie ciekawym będzie możliwość przyjrzenia się funkcjonowaniu organizacji religijnej, która choć doktrynalnie od ortodoksji się oddaliła, to zachowała organizację bardzo podobną do katolickiej. Akcja będzie toczyć się wokół katedry i dotyczyć biskupów, dziekanów, proboszczów i ich wikarych, będą odprawiane nabożeństwa, głoszone kazania, a podczas obiadów dziekan i kanonicy z zaangażowaniem będą roztrząsać nie tylko ważne problemy teologiczne, ale też całkiem błahe kwestie dotyczące rodzaju haftu na stułach. Wszystkie te podobieństwa zepchnie jednak na dalszy plan różnica w postaci braku obowiązkowego celibatu, a co za tym idzie większy wpływ najbliższej rodziny na życie, posługę, motywacje i wybory głównych bohaterów. Zwolennik obligatoryjnego celibatu duchownych – który jednak postrzega go przede wszystkim jako kwestię dyscypliny i rozsądku – znajdzie w lekturze Wież Barchesteru całą gamę argumentów natury praktycznej na poparcie poglądu o niebagatelnej roli bezżeństwa w misji Kościoła i utrzymaniu jego niezależności.

Choć nie dyskusja nad celibatem czy prawowiernością Kościoła Anglii jest treścią książki Trollope’a, to już sam jej początek skłania do refleksji. Akcja powieści rozpoczyna się bowiem w momencie śmierci przewielebnego dr. Grantleya, biskupa fikcyjnej diecezji Barchester, gdy oczekuje się, iż następcą będzie jego syn piastujący urząd archidiakona. W tym czasie upada jednak dotychczasowy gabinet i nowy premier wyznacza do tej posługi dr. Proudiego (Kościół Anglii jest kościołem państwowym i biskupów ostatecznie mianuje parlament). Nowy biskup jest człowiekiem ambitnym acz zdominowanym przez żonę. Pani Proudie usiłuje wpływać na życie diecezji krzewiąc inicjatywy związane z protestanckim, ewangelikalnym nurtem anglikanizmu, np. powołuje do życia szkółki biblijne i usiłuje wyeliminować z liturgii pozostałości katolickich rytuałów i zwyczajów, przede wszystkim chorału. Zyskuje sojusznika w osobie wielebnego Slope’a, nowego kapelana swego męża, jednak reszta diecezjalnej socjety nie przejawia podobnego entuzjazmu wobec nowych porządków.

Czytelnik poszukujący w książce czegoś więcej niż beletrystyki już na wstępie zada sobie pytania o dziedziczenie urzędów kościelnych mogące w konsekwencji wytworzyć coś na kształt kasty kapłańskiej, o relację między władzą świecką a duchowną i o nepotyzm. Interesujące jest także to, że w powieści znajdują odbicie kontrowersje jakie zrodziły się w anglikanizmie na skutek zapoczątkowanego przez m.in. Johna Henrego Newmana (późniejszego katolickiego kardynała) Ruchu Oxfordzkiego. Celem Ruchu miało być przywrócenie Kościołowi Anglii bardziej katolickiego charakteru, ale także – nolens volens – wielu anglikanów przywiodło do katolicyzmu. W czasie, gdy powieść powstawała, w roku 1857, sam Newman był już od ponad dekady katolikiem

Mimo osadzenia akcji w wyrazistym kontekście temat powieści Trollope’a jest ponadczasowy i dotyczy osobistych, ludzkich ambicji, pragnienia pięcia się po szczeblach kariery i chęci kontrolowania innych ludzi. Autor ukazuje korupcyjną naturę dążenia do władzy, a wielką zaletą jego stylu jest komiczna ironia, w której wprost celuje. To dzięki ironii manipulacje i intrygi uprawiane przez duchowieństwo Barchesteru jawią się w całej pełni ich nieprawości, a powieść staje się tym bardziej dosadną krytyką Kościoła Anglli i wiktoriańskiej socjety. Choć przesłanie powieści jest uniwersalne i ponadczasowe, a jej akcja mogłaby toczyć się równie dobrze pośród przedstawicieli współczesnego politycznego establishmentu Finlandii, jak i w fabryce obuwia w Czechach, to wzrok polskiego czytelnika, chcąc nie chcąc, skieruje się ku własnemu Kościołowi. Ten, choć zabezpieczony łaską, sukcesją apostolską i sakramentami, zdaje się być zbyt często nazywanym – ustami własnych prałatów – „świętym kościołem grzesznych ludzi”. Choć jest to stwierdzenie prawdziwe, to nadużywane staje się moralnym wytrychem, grzesznym samousprawiedliwieniem. Książka nasuwa wiele pytań; pytań o to, ile podobnych barchesterskich katedr stoi w Polsce i czy gromadzący się w nich kler, mimo wszystkich nadprzyrodzonych zabezpieczeń jest lepiej uformowany i czy prezentuje wyższe postawy moralne niż pozbawiony łask kapłańskich i symulujący sakramenty ówczesny kler anglikański? Czym różni się anglikański wikary spędzający wolny czas pośród rodziny od katolickiego kapłana, którego celibat – będący przecież wyrzeczeniem i łaską – przerodził się wygodne i dostatnie starokawalerstwo? Czy nepotyzm anglikańskich kanoników tak bardzo się różni od specyficznej więzi seminaryjnych „kolegów kursowych” mogących liczyć na wzajemne, niemal bezwarunkowe wsparcie w trudnych sytuacjach, często niezależnie od moralnego kontekstu takiej pomocy? Czy do objęcia urzędów predestynują kompetencje i talent czy może najważniejszym punktem biskupiego CV jest fakt noszenia nart za Wiadomo Kim? W końcu pytanie o to, kogo surowiej osądzi Chrystus – protestanckiego pastora ulegającego woli władzy świeckiej z obawy o przyszłość własnych dzieci czy katolickiego biskupa współpracującego z Urzędem Bezpieczeństwa w zamian za obietnicę prestiżowego zagranicznego doktoratu?

---*---

Powieść została zekranizowana, a rolę barchesterskiej katedry zagrała katedra w Petrborough, którą zwiedzałem wczoraj. Niestety, film dotąd, o ile mi wiadomo, nie był emitowany przez polskie stacje telewizyjne, a książka do dziś nie doczekała się polskiego przekładu.

Jakub Pytel