06.10.2008

Ławeczki.

Spacerując po Edynburgu można dostrzec inskrypcje poświęcone pamięci osób zmarłych. Można przeczytać, iż pan Swift Young wspomina swą ukochana matkę Marion, Jenny swego drogiego brata Stanleya Gordona Weira, a ktoś inny wspomina Rene Lauenera, „który lubił tutaj siadać”. Siadać? Właśnie tak! Siadać, bo takie i podobne tabliczki umieszczane są na miejskich, najczęściej parkowych ławeczkach. Dla nas, ludzi przyzwyczajonych do utrwalania pamięci o zmarłych na nagrobkach, tablicach, czy pomnikach taki zwyczaj wydaje się dość osobliwy. Osobliwy, ale chyba nie niestosowny. Ma on nawet pewien wymiar praktyczny, bo można się umówić w parku przy Princess Street na ławeczce „pani Mitchell”.

~*~

Pogoda piękna, ale tylko w tych momentach, gdy nie pada deszcz:) Jest ciepło, lecz średnio co pół godziny słońce przesłaniają chmury i przez kilka minut park targany jest wiatrem i deszczem, czy raczej mżawką (przez Polaków zwaną "szałerkiem"). Ta nieprzyjemna sytuacja trwa na tyle krótko, że lepiej nałożyć kaptur, niż zwalniać miejsce na dobrej ławce. Dobrej, czyli skąpanej w słońcu (gdy się pojawia) i z ładnym widokiem, np. na Zamek Edynburski. Warto też wybrać miejsce w takiej odległości od stojącego na rogu Princess i Waverly kobziarza, by móc go posłuchać, ale nie na tyle blisko, by po kwadransie tego wyboru żałować. O dziwo czasami można usłyszeć jakieś znane melodie. Dziś kobziarz (a może dudziarz?!), ku uciesze grupy naszych rodaków zagrał kilka taktów "Mazurka Dąbrowskiego". Jak sądzę przyniosło mu to oczekiwany zysk, bo w podobny sposób zaczepił Francuzów "Marsylianką" i Amerykanów "Gwieździstym Sztandarem". O ile Polacy i Francuzi przyjmowali to z entuzjazmem nie mającym nic wspólnego z powagą, to obywatele USA raczej z wdzięcznością i wzruszeniem. Ktoś nawet salutował. Cóż, Ameryka.

~*~

Dziś czytałem "Nieodżałowaną" Evlyna Waugh. Zaśmiewałem się budząc równie radosne reakcje otoczenia (w Polsce pewnie wzięto by mnie za wariata). Szczerze polecam wspaniały, czarny angielski humor. Z resztą tak, jak wszystkie inne książki Waugh.

---*---

Pies stróżujący. Zamiast alarmu:)

---*---

Po powrocie do domu czekała na mnie kolacja równie wegetariańska jak 90% domowników. Na haggis nie ma szans i trzeba będzie poszukać go na mieście. Musze jednak oddać sprawiedliwość Agacie i dodać, że jej jarska kuchnia jest dla mnie, umiarkowanego mięsożercy, ciekawym doświadczeniem.