05.12.2011

Szopka inspirowana

Miniony Wielki Post przygotowywał wiernych nie do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, ale do beatyfikacji Jana Pawła II (pisałem o tym tutaj). Słyszę teraz, że do Bożego Narodzenia pobożnych katolików przygotowują „Msze roratnie z Janem Pawłem II" i bardzo chcę wierzyć, że również z Matką Boską.

To nawet interesujące. Dla przeciętnego wiernego żyjącego w kraju w większości katolickim - prawda, że tylko nominalnie, ale idzie tu bardziej o kulturę mocniej przesiąkniętą religią niż to się z pozoru wydaje - jest to być może coś, co dziwi w stopniu dość umiarkowanym. Ot, taki przesadnie wybujały kult jednego z błogosławionych, do którego przyzwyczaili się nawet katoliccy tradycjonaliści i w swej bezsilności oburzają się już tylko pro forma.

Jednak obcowanie z heretykami sprawia, że człowiek nabiera nieco innej perspektywy. Słysząc ich krytykę katolickiego kultu świętych zaczyna się zastanawiać, w którym momencie i w przypadku którego z męczenników i wyznawców, i której z wdów i dziewic, ludowo-popkulturowe przejawy tego kultu wymknęły się sztywnym ramom ortodoksji.

Po co ten przydługi wstęp? Po to by przywołać jedną z ostatnich depesz Katolickiej Agencji Informacyjnej. Otóż okazuje się, że również Rzym nie jest odporny na „wojtylianizm”, bo tegoroczna szopka bożonarodzeniowa będzie „inspirowana beatyfikacją Jana Pawła II”. Na usta ciśnie się sarkazm niemal bluźnierczy, bo w jaki sposób „zainspirować” szopkę beatyfikacją? Cóż, redaktorzy KAI znajdują odpowiedź. Otóż „główną postacią monumentalnej sceny Narodzenia Chrystusa będzie Maryja, której papież-Polak był tak bardzo oddany”. Jednym słowem w tym roku Maryja znajdzie się wśród postaci przedstawionych w szopce bożonarodzeniowej ze względu na osobę poprzedniego papieża. A które w hierarchii ważności będzie Dzieciątko Jezus? I czy już samo czynienie Najświętszej Panienki główną postacią żłóbka - niezależnie od innych, niezbyt chyba przemyślanych powodów - nie jest bluźniercze nie tyle nawet wobec Boga Wcielonego, co wobec niej samej, która była uosobieniem pokory?

Jeśli można ufać redakcji KAI (całość depeszy tutaj), to w Rzymie nie dokonała się w maju tego roku żadna beatyfikacja, ale rytuał znany z czasów, gdy pontifex maximus strzegł nieco innej religii: oto zebrał się kardynalski senat i deifikował zmarłego cezara. I tak dobrze, że nie za życia.

Tak, tego typu sytuacje unaoczniają nam, katolikom, że o ile doktryna dot. posługi Biskupa Rzymu jest dość klarowna, o tyle nie sposób chyba ustrzec się pewnych jej wypaczeń, gdy idzie o postrzeganie osoby papieża. Bł. Jan Henryk Newman, choć oczywiście przyjmował doktrynę o nieomylności Wikariusza Chrystusowego, to jednak przeciwny był ogłoszeniu dogmatu w tej sprawie. Newmanowi - mocno spłycając jego intencje - chodziło chyba o to, by takim uroczystym aktem w powszechnym odbiorze nie uczynić papieża rodzajem nadczłowieka, a tym samym ostatecznie nie zrazić do katolicyzmu wielu jego angielskich, protestanckich rodaków, którzy pewne skłonności ku Rzymowi przejawiali. Nie bez znaczenia były też dziwaczne pomysły neofitów-ultramontan w rodzaju kardynała Manninga, którzy chętnie papieża takim Übermenschem by ogłosili. Być może też - niemal na pewno - pogląd Newmana był wynikiem dającego się odczuć w tamtych czasach zmęczenia długim panowaniem bł. Piusa IX. Przyszły kardynał napisał wówczas w swoim dzienniku słowa, które równie dobrze można było napisać w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II: "Nie jest dobrą rzeczą, aby papież na swoim urzędzie pozostawał przez dwadzieścia lat. Jest to nieprawidłowe i nie przynosi dobrych owoców; staje się bogiem, już nie ma nikogo, kto by się mu sprzeciwił, nie zna faktów i czyni okrutne rzeczy, nie mając takiego zamiaru".

Dziś już nie, bo Benedykt XVI nie jest ani tak skłonny do teatralnych gestów, ani tak popularny jak jego poprzednik, ale jeszcze całkiem niedawno na myśl o odbywających się z różnych okazji papolatrystycznych festiwalach przychodziły mi na myśl słowa Jeana Paula Rouxa, pochodzące z jego książki zatytułowanej Król mity i symbole i dotyczące Cesarstwa Rzymskiego: „Przekonanie, że władca jest bogiem żyjącym na ziemi zapanowało wreszcie powszechnie. Na dłuższą metę stało się ono nieodzowne dla ludu, który się tego domagał i który zarazem w dużej mierze utracił wiarę w jakichkolwiek innych bogów. W zbyt wielkim, wielorasowym i coraz bardziej materialistycznie nastawionym Cesarstwie narastający kult cesarza stawał się najpotężniejszą podporą religii. Cesarze z dynastii Antoninów rozumieli, że należy go podsycać i czynili to głosząc coraz intensywniej nadnaturalne przymioty władcy. Uznawanie boskości Cezara stało się dowodem obywatelskiej cnoty, a kult cesarza jednym z najpotężniejszych przejawów rzymskiej religii”.

Warto pomyśleć nad podobnymi kwestiami i dziś, gdy prywatne (jak sądzę) zdanie Ojca Świętego nt. kary głównej podnosi się do rangi dogmatu, przeciwstawiając je nauczaniu soborów, innych papieży czy samego Pisma Świętego.