02.10.2009

Biskup spoza Zaklętego Kręgu.

Biskup Bernard Longley został mianowany nowym arcybiskupem Birmingham – drugim co do ważności hierarchą Kościoła katolickiego Anglii i Walii. Był on dotychczas biskupem pomocniczym Westminsteru i zastąpi w Birmingham swego obecnego zwierzchnika, prymasa Nicholsa, który wcześniej był ordynariuszem w Brum (jak Anglicy nazywają to miasto).

Longley, jak na Kościelne standardy, należy do młodego pokolenia biskupów – ma 54 lata. Z wykształcenia jest muzykiem i teologiem. Ukończył studia na Royal Northern College of Music oraz w oksfordzkim New College. Święcenia kapłańskie przyjął w 1981 roku. Co ciekawe włada językiem rosyjskim i – jak sam mówi – kocha Puszkina. Jego kapłańska droga zaczęła się nietypowo, bowiem pracę wikarego w Epsom łączył z posługą kapelana w szpitalu psychiatrycznym (doświadczenie – jak mi się zdaje – bezcenne w dalszej pracy duszpasterskiej), a w latach 1987-1996 był wykładowcą teologii dogmatycznej w Seminarium Św. Jana w Wonersh. W roku 1999 został mianowany sekretarzem Konferencji Episkopatu Anglii i Walii odpowiedzialnym za kontakty międzywyznaniowe i międzyreligijne. Cieszy się sporą sympatią londyńskich katolików.

W jednym ze swoich ostatnich felietonów Damian Thompson, dziennikarz związany z Daily Telegraph i autor blogu Holy Smoke, pisze iż ta „nominacja została powitana jako znak czasu, bowiem Longley jest nie tylko błyskotliwy i zdolny, sympatyczny i pobożny, ale także przekonany do wizji liturgii reprezentowanej przez Benedykta XVI. Nie znaczy to – pisze dalej – że księża w Birmingham zaczną nagle celebrować ku wschodowi (czy komuś chciałoby się oglądać „plecy” tych poliestrowych ornatów?), albo że istotnie zwiększy się liczba celebrowanych Mszy „trydenckich”. Oznacza to po prostu, że za kult w historycznej archidiecezji obejmującej Oxford odpowiedzialny jest teraz człowiek, który docenia liturgię sprzed Soboru Watykańskiego II i będzie stosował zapisy papieskiego motu proprio Summorum Pontificum. Tak więc wszędzie tam, gdzie istnieje pragnienie „starej” Mszy będzie ono zaspokojone”.

Według Thompsona na efekty działań nowego ordynariusza Birmingham trzeba będzie jednak poczekać. Longley stara się wprawdzie, by nie określano go mianem konserwatysty, ale i tak będzie musiał najpierw przełamać „opór materii”, czyli niechęć modernistycznego kleru, „samorządność” laikatu i nauczyć się nie ulegać ewentualnym naciskom niezadowolonych braci w biskupstwie. W jego przypadku – człowieka słynącego z uprzejmości i delikatności – może to zając nieco więcej czasu niż w przypadku sympatycznego, acz umiejącego wykazać się stanowczością prymasa Nicholsa. Poza tym Longley przez pierwsze miesiące urzędowania będzie musiał skupić się na przygotowaniach do najważniejszego od lat wydarzenia dla Kościoła katolickiego w Anglii – beatyfikacji kardynała Newmana, która spodziewana jest podczas wrześniowej wizyty Benedykta XVI na Wyspie.

Thompson w swoim tekście zauważa, że nominacja Longleya jest „dobrą wiadomością dla Kościoła, a złą dla Zaklętego Kręgu (Magic Circle)" – jak w Anglii nazywa się koleżeńskie, postępowe i pro-ekumeniczne biskupie lobby.

Wiadomość cieszy, ale każe także postawić pytanie, kiedy do podobnych zmian zacznie dochodzić również w składzie polskiego episkopatu i czy zmiana totustuistyczno-semerfidelistycznego status quo jest możliwa bez zmiany nuncjusza. O ile wierzyć pogłoskom biskup Migliore – zapowiadany niegdyś jako następca abpa Kowalczyka – zrezygnował, uważając że raczej ugrzęźnie w sytuacji o konsystencji kremówki, niż uda mu się cokolwiek zmienić. Inni mieli iść za jego przykładem. Widać polski Kościół nadal skazany jest na zakulisowe rządy księdza Józefa (tego z alei Szucha), który w CV w rubryce „kompetencje” ma napisane: „W latach siedemdziesiątych miał dużego fiata i woził w góry Wiadomo Kogo z wiadomo kim i ich nartami”.