04.05.2011

"Gang świeckich ultraortodoksów"

Przynajmniej kilka katolickich serwisów, portali i blogów odnotowało fakt odwołania biskupa Williama Morrisa z urzędu ordynariusza australijskiej diecezji Toowoomba. Autorzy newsów widzą w tym wydarzeniu kolejny dowód na to, że Ojciec Święty robi porządki w Kościele pozbawiając wpływów hierarchów, którym odbiła liberalna palma.

Zapewne tak jest, choć warto też zauważyć, że raczej nie są to jakieś systemowe działania, ale po prostu reagowanie na zupełnie ignorowany za czasów poprzedniego pontyfikatu głos konserwatywnych wiernych. Warto, by dziennikarze – ci, którzy są świeckimi katolikami – pamiętali słowa kardynała Newmana, który wspominając ocalenie Kościoła w Irlandii i zdradę Kościoła w Anglii, mówił iż „we wszystkich czasach to świeccy wyznaczali miarę ducha katolickiego”. Świeccy w Australii swego lokalnego Kościoła nie zdradzili i powinno się o tym informować w kontekście wspomnianej dymisji.

To właśnie wierni interweniowali w Rzymie w sprawie poczynań rządcy diecezji Toowoomba. Świadczy o tym choćby tekst opublikowany w serwisie news.com.au, zatytułowany „‹Policja świątynna› winna dymisji biskupa Toowoomba”, którego autorki - Kristina Shorten i Brooke Baskin - piszą m.in:

Za upadek biskupa Toowoomba, Wiliama Morrisa, obwinia się GANG prawicowych katolików zwany "Policją świątynną" [„GANG – tak właśnie Kryśka i Brók napisały (dopiski moje)]. Jak donosi "The Courier Mail", uważa się, że członkowie grupy, którzy prawdopodobnie podróżowali po parafiach, by szpiegować postępowych księży niepodporządkowujących się Watykanowi, brali udział w usunięciu popularnego księdza [Jeśli rzeczywiście podróżowali i „szpiegowali” – a diecezja Toowoomba wielkością dorównuje połowie Polski - to chwała im za wytrwałość]

Ostatniej nocy papież odsunął biskupa Morrisa od zarządzania diecezją za popieranie przez niego udzielania święceń kobietom i wspieranie innych liberalnych reform ["Papież odsunął go w nocy" – brzmi to tak, jakby Benedykt XVI zakradł się w nocy do rezydencji biskupa i zamordował go we śnie, tymczasem, gdy w Australii zapada noc, w Rzymie jest wczesne popołudnie - ot taka mała manipulacja autorek tekstu]. Biskup Morris zszokował swych stronników ogłaszając w ubiegły weekend, że został zmuszony do wcześniejszego przejścia na emeryturę po kłótni z Watykanem i papieżem [ciekawe jak to jest kłócić się przez telefon z papieżem, ale jeszcze ciekawsze jak to jest kłócić się z Watykanem].

Odesłanie na emeryturę 68-letniego biskupa jest skutkiem trwającego pięć lat watykańskiego dochodzenia [zapewne idzie o wizytację] wszczętego na żądanie niezadowolonej grupy świeckich ultraortodoksów, która nie zgadzała się z jego postępowymi poglądami ["ultraortodoks" brzmi dumnie!].

John Bathersby, arcybiskup Brisbane wyraził wczoraj uznanie biskupowi Morrisowi i przyznał, że "budzące niepokój sprawy" pomiędzy biskupem i Watykanem doprowadziły do decyzji o emeryturze [przypomina się słynny SMS: "Chwała nam i naszym kolegom. Ch..e precz!"]

Ale Richard Stokes, człowiek obwiniany o kierowanie grupą konserwatywnych katolików, powiedział, że oskarżanie tzw. "Policji świątynnej" o usunięcie biskupa jest "wytworem bujnej wyobraźni" oskarżycieli. "To nie jest żadna zorganizowana grupa, to wszystko to jakaś teoria spiskowa – powiedział Stokes – nie mam takiej mocy. Nie mam żadnego oddziału, kohorty ani falangi. Znam ludzi, którzy myślą podobnie jak ja, ale wszyscy jesteśmy tylko prywatnymi osobami".

-- Cóż, wykazujące się rewolucyjną czujnością dziennikarki wyśledził jednak, że wierni „donosili” do Rzymu na księży mających podobne poglądy do tych, prezentowanych przez ich dotychczasowego pasterza i w kolejnej części swego tekstu (nie wartego już dalszego cytowania) orzekły, iż to właśnie świeccy nielojalni wobec miejscowego, Bogu ducha winnego biskupa, doprowadzili to tak smutnego dlań końca.

Trudno oczywiście dać wiarę, by Józef Ratzinger wespół Richardem Stokesem spotykali się na kawie gdzieś w połowie drogi między Brisbane i Rzymem (w Bombaju?), i „uwalili” biednego biskupa Morrisa, ale trzeba pamiętać, że warto pisać do Rzymu z najmniejszą nawet sprawą, bo wszelkie papiery lądują w teczkach personalnych poszczególnych biskupów i tylko Bóg jeden wie, kto i kiedy do nich zajrzy, jak bardzo się przerazi i do czego owe teczki wykorzysta – co polecam łaskawej pamięci polskich tradycjonalistów.