22.01.2015

Za(p/b)iliśmy posła Dobbina!



Opactwo benedyktynów w Le Barroux w Prowansji odwiedzałem kilka razy – zawsze w grupie przyjaciół i znajomych i zawsze w lipcu, by móc wziąć udział w obchodach święta jego patronki św. Marii Magdaleny. Muszę przyznać, że mnisi traktowali nas z niezwykłą uprzejmością, wręcz serdecznością, a mimo to (a może właśnie przez to, a mimo bariery językowej, bo nasza francuszczyzna zdecydowanie kulała), czasami dało się odczuć, że jesteśmy postrzegani przez pryzmat narodowych stereotypów. Kiedy jednego roku zastanawialiśmy się, co tym razem podarować zakonnikom w podziękowaniu za gościnę – a z jakiegoś powodu chcieliśmy, żeby było to coś typowo polskiego, ale co trafi i we francuskie gusta – zaproponowałem, by nie próbować burzyć stereotypów, bo to raczej niemożliwe, ale utrwalać je, tyle że mądrze, czyniąc z nich atut. I tak opat Dom Louis-Marie de Geyer d’Orth (arystokrata, a jakże!) otrzymał od nas kosz pełen różnych polskich mocnych alkoholi: miodów, wódek i nalewek. Mnisi piją niezwykle rzadko, bardzo niewiele i zawsze z gośćmi, a odpust św. Marii Magdaleny był jedną z tych okazji, które dawały im i ich gościom szansę przekonania się, że polskie alkohole to coś więcej niż przedestylowane żyto i ziemniaki, a rzut oka na etykiety upewnił wszystkich (niektórych może nawet przyprawił o zdziwienie), że nad Wisłą używa się alfabetu łacińskiego. 

Wspominam o tym, bo ta historia przyszła mi na myśl, gdy tylko brytyjskie media (a teraz już i polskie) zakrzyknęły, że oto zapiliśmy i zabiliśmy członka Izby Gmin Jima Dobbina. Laburzystowski parlamentarzysta gościł w we wrześniu ubiegłego roku w Słupsku, gdzie wziął udział w raucie z okazji przyznania temu miastu jakiejś nagrody Rady Europy. Wznoszono liczne toasty, oczywiście wódką (a jakże!), i gdy mocno niedysponowany poseł Dobbin w końcu położył się spać, to, niestety, zrobił to raz ostatni. Brytyjski koroner potwierdził w tych dniach, że zmarły miał cztery promile alkoholu we krwi, a bezpośrednią przyczyną jego śmierci było zakrztuszenie kawałkami jedzenia, które dostały się do płuc.

Cóż, Maciej Kobyliński, były prezydent Słupska, zapewne miał jak najlepsze intencje, gdy wznosił kolejne toasty, ale czy szeregowy poseł Izby Gmin (nawet urodzony w Szkocji) mógł w takich zawodach dotrzymać kroku byłemu PZPR-owskiemu aparatczykowi, kierownikowi w słupskim MPK i wieloletniemu samorządowcowi? Może nieboszczyk Jelcyn, ale nie nieboszczyk Dobbin. A Jim Dobbin – gotów jestem zaryzykować to stwierdzenie – oddał życie za Jej Królewską Mość. Mężnie kontynuował najlepsze tradycje brytyjskiej dyplomacji, był niczym poseł któregoś z królów Jerzych, który wysłany do dzikiego azjatyckiego kraju, w poczuciu ważności swojej misji, częstowany, bez grymasu na twarzy (jak Indiana Jones!) jadł galaretkę z małpich móżdżków i potrawkę z karaluchów. Do porzygania. Jeśli włodarze Słupska chcieli umocnić stereotypy dotyczące Polski, to odnieśli międzynarodowy sukces. W najgorszym stylu. I niech nikt nie mówi, że mam jakiś polski kompleks – Brytyjczycy piją tyle samo, o ile nie więcej (na pewno do większego upodlenia), ale na Wyspie odmowa wypicia kolejnego kieliszka stanowi o wiele mniejszy problem niż w kraju. A Jim Dobbin nie był miłośnikiem mocnych trunków.

Żal mi posła Dobbina tym więcej, że, o ile wiem, był porządnym praktykującym katolikiem, kawalerem Orderu Świętego Grzegorza Wielkiego nadanego przez papieża Benedykta XVI, obrońcą życia nienarodzonych, człowiekiem zaangażowanym w liczne dzieła dobroczynne, konsekwentnym przeciwnikiem legalizacji tzw. małżeństw jednopłciowych itd. + RIP

Szukając pozytywów (o ile w ogóle wypada to robić) można mieć nadzieję, że brytyjskie MZS ostrzeże teraz poddanych Jej Królewskiej Mości przed odwiedzaniem Polski, co na jakiś czas uchroni naszych rodaków podróżujących samolotami pomiędzy Polską a Anglią przed towarzystwem brytyjskiej „młodzieży” rozpoczynającej alkoholowe ekscesy już nad Morzem Północnym, a kończącej je w rynsztokach Krakowa. Inna rzecz, że po zmianie władzy w słupskim ratuszu pewnie już nie serwuje się czystej, ale – skoro mowa o stereotypach – kolorowe drinki, różowe wina i piwa z soczkiem, a te trudno przedawkować.

Jakub Pytel