02.07.2013

Dialogi nad Złotym Rogiem



Z domu Hypatiusa obaj mężczyźni wychodzili w minorowych nastrojach. Szczególnie Iovinus, który znał gospodarza dłużej niż Chilibudius i doskonale pamiętał jak obaj podczas rewolty Nika, jako oficerowie gwardii cesarskiej, służąc pod dowództwem Belizariusza rozprawili się z buntownikami zgromadzonymi na stołecznym hipodromie. Iovinus nie krył się z myślą, iż żałuje, że Hypatius nie postradał wówczas życia. Rzeź, jakiej dokonali na trzydziestu tysiącach mieszkańców Konstantynopola, którym nie podobały się rządy Justyniana i zbyt wyraźnie to okazywali, była zadaniem o wiele łatwiejszym niż wcześniejsze kampanie przeciwko zaprawionym w boju Gotom, ale tym razem cesarz nie skąpił pieniędzy na wystawne pogrzeby i upamiętnienie swoich wybawicieli, a i wdowy otrzymały hojne rekompensaty. Hypatius zginąłby jak bohater, a skoro tak się nie stało, to leży teraz wciąż żywy, ale jakby martwy, pielęgnowany przez swą przedwcześnie postarzałą żonę Aquilę, której zdają się już mieszać zmysły, i dwóch służących, z których jeden kuleje, a drugi to jeszcze dziecko. 

Kiedy przechodzili obok świątyni Mądrości Bożej odbudowywanej po pożarze, czy raczej wznoszonej od nowa z rozmachem godnym Salomona, Iovinus westchnął i powiedział: 

– Wiesz, Chilibudiusie, myślę sobie, że Chrystus, owszem, uwolnił naszych przodków od zabobonów i strachu, ale też nałożył na nas straszne ciężary. Pomyśl, cóż było złego w samobójstwie Antonii, matki cezara Klaudiusza? Była znużona życiem, a pod rządami Kaliguli i tak niepewna swego losu. Pożegnała się i odeszła… – wzruszył ramionami, a jego towarzysz spojrzał na niego nieco zdziwiony. – Oczywiście – kontynuował – do samobójstwa nie należy zachęcać, to jasne, ale są przecież sytuacje, w których jego wybór zdaje się uzasadniony. Spójrz na Hypatiusa! Miłosierdzie względem chorych w końcu obróci się przeciwko samemu rodzajowi ludzkiemu. Chłop pracuje w polu i w polu umiera, żołnierz walczy i w walce powinien zginąć, a nie czeznąć w chorobie i starości. W końcu ze wszystkich tych ziół sprowadzanych przez kupców z samych krańców ziemi któryś z medyków uwarzy miksturę, za której sprawą starcy i nieuleczalnie chorzy będą żyć dłużej, dłużej i dłużej. Zaczniemy gnić i prosić niebiosa, by najechali nas jacyś żądni krwi barbarzyńcy! 

Chilibudius słuchał w milczeniu. Emocjonalne rozważania Iovinusa nie wydawały mu się szczególnie interesujące, ale umiał słuchać i to robił. Pomyślał, że dopiero widok… co tam widok – zapach! Smród bijący z ran sparaliżowanego przyjaciela pchnął tego prostego żołnierza do przemyśleń, do których wcześniej nie zmusiła go żadna z ofiar, jakie przecież musiał setkami kłaść trupem czy to podczas karnych ekspedycji na północ, czy tłumiąc bunty, jak przed niemal dekadą na hipodromie, czy w końcu rozprawiając się z heretykami. 

– Wiem, wiem, wzięcie krzyża, przyjęcie cierpienia... – powiedział Iovinus, gdy w końcu weszli na mury miasta rozciągające się nad skąpanymi w porannym słońcu brzegami Złotego Rogu – ale Chrystus cierpiał trzy dni. Trzy dni! A umarł w jedno popołudnie. Hypatius cierpi tak już trzeci miesiąc! – zawołał.

– Hypatius nie jest wcielonym Logosem – odezwał się w końcu Chilibudius, gdy osłaniając dłonią oczy starał się dojrzeć Chryzopolis położone na przeciwległym brzegu Bosforu. 

– Ha! Wiem, Chilibudiusie, wiem! – zaśmiał się gorzko żołnierz i rozsiadłszy się na blankach sięgnął po bukłak przytroczony do pasa. – Podczas nabożeństw w cesarskiej kaplicy wciąż słyszymy od Menasa, że Chrystus jest tak Bogiem jaki i człowiekiem i to, że musiał cierpieć za marnych ludzi jest nieporównywalne z żadnym innym cierpieniem. Wierzę w tę naukę nie tylko dlatego, że muszę, bo inaczej skończyłbym jak Antymius, który był mono… mono… 

– Monofizytą. Poprzedni patriarcha był monofizytą – Chilibudius przyszedł z pomocą swemu rozmówcy. 

– Otóż to! Monofizytą. Nie jestem tak uczony jak ty – przyznał Iovinus podając przyjacielowi wino. 

W nocy bukłak leżał na posadzce domu Hypatiusa i zawartość ochłodziła się tak, że teraz, gdy poranek stawał się coraz gorętszy, samo dotknięcie wyprawionej wielbłądziej skóry już dawało obietnicę orzeźwienia. 

– Zatem może rozumiem to mniej doskonale – kontynuował Iovinus – ale wydaje mi się, że to tak, jakby ta hołota z hipodromu dostała w swoje ręce naszego ukochanego bazyleusa. Gdy podczas buntu Nike ta swołocz gołymi rękami rozszarpywała moich gwardzistów na części i żywcem wyrywała im flaki z trzewi, to ci z pewnością cierpieli, ale sądzę, że wcale nie tak bardzo, jak cierpiałby Justynian, gdyby ściągnąć go z wysokości jego cesarskiego tronu i umęczyć. Kwestia perspektywy. 

Chilibudius rozejrzał się wokół, by zyskać pewność, że żaden spośród żołnierzy strzegących pobliskiej baszty nie słyszy tych słów, które mogłyby zostać uznane zarówno za bluźnierstwo przeciwko Bogu jak i nawoływanie do obalenia, a przynajmniej kpiny z osoby cesarza. I wcale nie chodziło mu o los Iovinusa. Cesarski gwardzista był bezpieczny, lecz dla niego, ateńczyka i sympatyka rozwiązanej przez Justyniana akademii platońskiej, który przed dwunastoma laty uchronił się przed wygnaniem do Persji przyjmując chrzest, prowadzenie podobnych rozmów nie było bezpieczne.

Tymczasem Iovinus wpatrzony we wschodzące słońce kontynuował swoje niemądre rozważania: – Jeśli nie dane byłoby mi umrzeć z mieczem w ręku, to chciałbym móc zakończyć życie tak, jak dawni rzymianie. Podczas kąpieli kazałbym niewolnikowi otworzyć mi żyły, byłbym otoczony domownikami, przemawiałby retor, może śpiewał chór. Oczywiście tylko gdyby dało się to zrobić z błogosławieństwem patriarchy, ale tego, jak wiadomo nie otrzymam. Cóż, trzeba będzie poprosić o przeniesienie do comitantes i z Belizariuszem ruszyć do Syrii – westchnął ciężko. 

– O tak! – tym razem zaśmiał się Chilibudius – Chosroes nienawidzi chrześcijan, więc jeśli wpadniesz w ręce Persów, to zyskasz palmę męczeństwa. 

– Ale Boga nie oszukam, Chilibudiusie. Nie oszukam… Będzie wiedział, że pragnąłem tej śmierci – znów westchnął gwardzista. 

– Boga nie, ale przecież cesarz jest ci przychylny – odparł ateńczyk.

– Co ma do tego Justynian?

– Zostaw mi odpowiednie listy Iovinusie, a skorzystam z twoich koneksji na dworze i złożę petycję do cesarza, by Manes cię kanonizował jako męczennika. Chociaż nie – zawahał się Chilibudius – taka patriarsza kanonizacja może nie wystarczyć. Niech Justynian poprosi o to Wigiliusza. Musiałeś go poznać, bo przecież przez całe lata przebywał tu jako legat, i wiesz, że nawet teraz, gdy został papieżem, niczego cesarzowi nie odmawia. 

Iovinus spochmurniał. –  A w czym lepsza taka rzymska kanonizacja od konstantynopolitańskiej? – zapytał oburzony. 

Chilibudius odpowiedział pytaniem: – A do kogo Chrystus powiedział „I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie”? 

– Do Apostoła Piotra – powiedział Iovinus, choć w jego słowach bardziej dało się słyszeć pytanie, niż pewność odpowiedzi. 

– Otóż to! Do Piotra, biskupa Rzymu, którego Wigiliusz jest następcą. Widzisz przyjacielu – dodał ateńczyk spoglądając w niebo – Bóg musi być wierny swoim obietnicom, dlatego nie dziwi mnie, że na Zachodzie uważa się, że papieże nie mogą się mylić, jeśli tylko nie mówią o sprawach błahych. 

– Zatem nie muszę już bać się choroby, ani starości – zaśmiał się Iovinus – wystarczy, że moje samobójstwo oplotę dworską intrygą, a osiągnę niebo. Ruszam do Syrii! – wykrzyknął to tak głośno, że Chilibudius aż poczuł jak obu ich przeszywają spojrzenia nie tylko strażników, ale i zaniepokojonych przekupniów, którzy pod murami zaczęli rozstawiać swoje stragany. 

– Być może będziesz musiał nieco poczekać. Jak trucicielka Liwia Druzylla, która dla ratowania się przed mękami Tartaru wymogła na swym wnuku Kaliguli obietnicę, że ten nakaże senatowi jej pośmiertną deifikację. Kaligula tego jednak nie uczynił, lecz dopiero Klaudiusz. Czekała na to 13 lat. 

– W piekle? 

– Na Boga, Iovinusie! Przecież wszystko to brednie. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że wierzysz w to, że uchwała rzymskiego senatu mogła kogokolwiek uratować przed sądem sprawiedliwym Boga? 

– Nie, oczywiście, że nie, ale tak płynnie przeszedłeś od kanonizacji do pogańskich deifikacji… Mów tak dłużej, a naprawdę otworzę sobie żyły. Choćby po to, byś nie mógł sobie ze mnie dłużej drwić!

Chilibudius wychylił kolejny łyk wina, położył rękę na ramieniu gwardzisty i zmieniając ton na bardziej poważny, powiedział: – Nie, Iovinusie, do tego cię nie namawiam. Żarty na bok. Życie nie jest usłane różami i wszyscy, od najdawniejszych czasów, którzy umieli dobrze pisać prozą czy wierszem, z większym lub mniejszym przejęciem ten fakt podkreślali. Kiedy czytam naszych dawnych poetów, na przykład takiego Mimnermosa, który płakał nad tym, że młodość przemija, że ubywa sił, ginie uroda, a człowiek staje sie wstrętny innym przez sam fakt bycia starym, to odkrywam, że chociaż urządzenia polityczne, prawne, religijne i militarne Jonów dawno wzięli diabli, to ich myśl o kondycji człowieka pozostaje aktualna. A takich smętnych tekstów masz w Grecji od pełności! Jeśli skierujesz spojrzenie na tragików: na Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa, to ujrzysz cały zbiór myśli potwierdzających pesymistyczny pogląd na rzeczywistość. Filozofowie radzili sobie z tym w bardzo rożny sposób. Na przykład Platon – wymieniając imię założyciela akademii, z myśli którego czerpali również monofizyccy heretycy, Chilibudius wyraźnie ściszył głos – i Sokrates wierzyli w życie pozagrobowe, sądy nad duszami, piekło dla złych, szereg kolejnych wcieleń dla tych średnich i jakieś wyspy szczęśliwe dla tych najlepszych. Czyż nie była to dobra intuicja? No, może z wyjątkiem tej reinkarnacji – zastrzegł ateńczyk. Platon potępiał samobójstwo – mówił dalej – a stoicy twierdzili, że zło, które nasz przygnębia, wcale nie jest złem, lecz czymś najzupełniej obojętnym. Tyle tylko, że my w swej głupocie dokonujemy błędnych ocen. Zło jest pochodną naszych błędnych sądów, a nie czymś, co tkwi w rzeczach. Jedynym złem dla stoików była głupota i brak cnoty. Wszystko, co bezwarunkowo nie podlega naszej woli, a wiec większość spraw i rzeczy na tym świecie, nawet nasze własne ciało, także gnijące ciało Hypatiusa,  jest obojętne. A zatem, by uwolnić się od pesymizmu, należałoby zmienić swój sposób myślenia. Jeśli posiedliśmy cnotę, to cała reszta się nie liczy. A cnota jest dobrem jedynym i od jej posiadania zależy nasze szczęście. I znów, drogi Iovinusie, stoicy dopuszczali samobójstwo jednie w skrajnych przypadkach; mawiali: „porta semper aperta est”. Z kolei Epikur pragnął przyjemności, choć wcale nie był jakimś rozpasanym hedonistą. Raczej brak cierpienia, niż pozytywne doznania uważał za wystarczający powód do zadowolenia z życia. Ale byli i inni, na przykład osławiony „Nawołujący do śmierci”, czyli Hegezjasz Peisithanatos, który swoim pesymizmem i opartą na nim filozofią wielu przywiódł do samobójstwa. Dlatego właśnie wielki Ptolemeusz I zakazał mu nauczać.

W tym miejscu Chilibudius przerwał swoją przemowę i wziął kolejny łyk wina. Wtedy Iovinus zapytał: – No dobrze, a chrześcijaństwo? 

– Chrześcijaństwo zupełnie wszystko skomplikowało – westchnął. – Bo jak tu narzekać na cokolwiek, gdy sam Bóg doznawał cierpienia, a nakaz niesienia krzyża wpisany jest w etykę? Czyż można, poznać Pana tryumfującego nad śmiercią, jeśli nie chce sie go znać cierpiącego na krzyżu? Nie możesz Iovinusie, iść do raju inna drogą niż Zbawca. Nie jedź zatem do Syrii, lecz na Golgotę! Przyznaję, że nie trudno uznać to za przygnębiające. I mnie to strasznie przygnębia, ale wiem też, że jeśli moglibyśmy zapytać aniołów o to, czego nam, ludziom zazdroszczą, to odpowiedzieliby, że Ciała i Krwi Pańskiej oraz cierpienia – ze wszystkich rzeczy właśnie tych!. Cierpienie to konieczność, która nieodmiennie kojarzy mi się z upałem, przed którym nie ma schronienia. Co więcej, odbiera mi nadzieje na polepszenie losu, bo skoro Zbawca cierpiał, to czy nie jest czymś niestosowanym oczekiwać, że cierpienie nie będzie i naszym udziałem? Ale samobójstwo zawsze kojarzyło mi się z jeszcze większą beznadzieją i może dlatego nigdy nie chodziło mi po głowie. Owszem, nie zakładam, że jeśli dosięgnie mnie jakaś długotrwała i bolesna choroba, to nie zmienię zdania, ale liczę drogi Iovinusie, że nie będziesz wówczas na Wschodzie i podniesiesz mnie na duchu. Na przykład łykiem chłodnego wina – to mówiąc zaśmiał się i wskazując palcem na słońce, które nieubłaganie wędrowało w kierunku zenitu, dał znak swemu przyjacielowi, że pora wracać, by schronić się w chłodzie pałacowych krużganków.