30.12.2010

Anna od Świętej Furii

W czerwcowym numerze miesięcznika Zawsze Wierni (6/133), w dziale "Sławni konwertyci", pisałem o Annie Haycraft. Przypominam ów tekst i zachęcam do zainteresowania się tą postacią i jej twórczością. Ja zakochałem się w obu.


Święta furia

Twórczość Anny Haycraft, brytyjskiej pisarki i publicystki znanej szerzej pod literackim pseudonimem Alicji Thomas Ellis, słynie z ciętej ironii, dość typowego brytyjskiego czarnego humoru, niezwykle trafnych obserwacji otaczającego świata oraz wszechobecnego, choć nie narzucającego się katolickiego ducha. Wszystkie te elementy w odpowiednich proporcjach — a Ellis potrafiła je odmierzyć — dały w rezultacie blisko 20 cieszących się powodzeniem powieści (kilka doczekało się adaptacji filmowych), z których chyba najlepsze to Unexplained Laughter i The Sin Eater, a także dużą liczbę interesujących felietonów publikowanych w związanym z Kościołem tygodniku „Catholic He¬rald” i w konserwatywnym „The Spectator”.


Anna Małgorzata Lindholm, bo tak brzmiało panieńskie nazwisko pisarki, urodziła się w 1932 r. w północnej Walii, gdzie spędziła wczesne dzieciństwo. Później wraz z rodzicami przeniosła się do Londynu. Rodzice Anny — mieszane małżeństwo Fina i Walijki — należeli do założonego przez francuskiego filozofa Augusta Comte’a ateistycznego i humanistycznego „Kościoła pozytywistycznego”. Nie miało to jednak większego wpływu na światopogląd przyszłej pisarki, która podczas nauki w Liverpool School of Art konwertowała na katolicyzm i w wieku 19 lat wstąpiła do nowicjatu Zgromadzenia Sióstr Notre Dame de Namur. W klasztornych murach spędziła zaledwie pół roku, lecz ten czas odcisnął w niej trwały ślad, nie tylko przyspieszając dojrzewanie nowo przyjętej wiary, ale także kształtując ją w duchu ortodoksji.
W 1956 r. Anna, pracująca dorywczo w cukierni i nadal poszukująca swego miejsca w życiu, poznała Mikołaja Haycrafta, właściciela niezależnego wydawnictwa Duckwortha. Połączyło ich głębokie uczucie. Ich małżeństwo miało trwać blisko 40 lat (do śmierci Mikołaja w 1995 r.) i okazało się bardzo udane, mimo że przeszło wiele trudnych prób. Haycraftowie mieli siedmioro dzieci, ale jedna z córek, Maria, umarła w dzieciństwie, a pierworodny syn Jozue, szczególnie przez nich ukochany, zmarł u progu dorosłości po kilkumiesięcznej śpiączce wywołanej obrażeniami odniesionymi w wypadku. To po jego śmierci ujawniły się problemy psychiczne Anny — depresja i agorafobia, z którymi zmagała się do końca życia.

Małżeństwo otworzyło przed Anną Haycraft szansę zaistnienia w świecie literackim, a możliwość odrzucenia światopoglądowych kompromisów na rzecz wydawców nieskorych do podejmowania tematów kontrowersyjnych czy politycznie niepoprawnych dała jej wolność doboru tematów. Nie chcąc jednak podpierać się nazwiskiem męża, pisarka postanowiła przyjąć pseudonim. Jej pierwsza książka (nie licząc całkiem dobrej książki kucharskiej i poradników dla pań domu), zatytułowana The Sin Eater, ukazała się w 1977 r. Była to opowieść do pewnego stopnia inspirowana zdarzeniami z jej prywatnego życia, w której ukazała rodzinę żegnającą umierającego seniora rodu. Książka zawiera wiele gorzkich słów pod adresem popadającego w ruinę, liberalizującego się Kościoła i jest pierwszym znaczącym manifestem tradycyjnych katolickich poglądów autorki, która życie religijne swoje i swojej rodziny oparła na Mszy św. sprawowanej w rycie trydenckim — całe lata słuchała jej w przeoracie pw. Św. Dominika w Kentish Town.
Kolejnym ważnym i interesującym momentem w jej biografii jako katoliczki i pisarki było wydanie w 1994 r. zbioru esejów zatytułowanego Serpent on the Rock. A Personal View of Christianity, w którym czytelnicy mogli zobaczyć — jak to napisał jeden z publicystów — „najdzikszą furię” Alicji Thomas Ellis. I rzeczywiście, autorka, prowadząc analizę tego, „co poszło nie tak w Kościele po soborze”, i poddając m.in. rzeczowej krytyce nauczanie Teilharda de Chardina, nie bawiła się jednocześnie w uczone eufemizmy, ale bardzo prostym, dosadnym i pełnym gorzkiej ironii językiem mówiła o tym, że II Sobór Watykański, a może bardziej wyznawcy jego „ducha”, „odkręcili kurek ze ściekami”, „zdegradowali kapłanów do poziomu ekumenicznej, sprotestantyzowanej grupy liturgicznych wesołków i klakierów”, a „lenistwo biskupów pozwoliło rozkwitnąć smrodliwej herezji”.

Mimo że oprócz krytyki kościelnych modernistów i liberałów Ellis angażowała się stale w walkę przeciwko ruchom feministycznym i proaborcyjnym, od chwili wydania Serpent on the Rock była marginalizowana; coraz częściej słyszała, że jej poparcie dla tej czy innej katolickiej inicjatywy jest niepożądane. Jeszcze przez prawie dwa lata, wobec dużej popularności jej rubryki w „Catholic Herald” — czego dowodem była lawina kart kondolencyjnych, która napłynęła do redakcji po nagłej śmierci Mikołaja Haycrafta — pozwalano jej publikować na łamach tego tygodnika. W końcu jednak kard. Bazyli Hume znalazł pretekst do tego, by ją stamtąd usunąć. W lutym 1996 r. zmarł biskup Teodoryk (Derek) Worlock, uchodzący za przywódcę liberalnego skrzydła episkopatu Anglii i Walii. Przedłużający się wakat na stolicy biskupiej w Liverpoolu sprowokował Ellis do napisania krótkiego felietonu, w którym poddawała krytyce „osiągnięcia” zmarłego hierarchy. Po publikacji zawrzało. Biskupi zareagowali tak gwałtownym oburzeniem, że Krystyna Odone, redaktor naczelny „Catholic Herald”, złożyła dymisję, jej zastępca został zmuszony do opublikowania na pierwszej stronie tygodnika stosownych przeprosin, a Ellis straciła pracę. Usunięcie jej felietonu z ostatniej strony „Heralda” sprawiło, że tygodnik utracił ostatniego z wyrazistych, wartościowych autorów. Gazeta, wcześniej określana mianem niekontrowersyjnej, po zwolnieniu Ellis stał się po prostu nudna. „Heralda” zbojkotowali zarówno oburzeni jej felietonem liberałowie, jak i popierający ją tradycyjni katolicy. (Dawną pozycję tygodnik odzyskał dopiero dekadę później, gdy kierownictwo nad nim objęli Łukasz Coppen i nie bojący się kontrowersji Damian Thompson). Ellis pewna swoich racji odmówiła jakichkolwiek przeprosin. Odchodząc z „Heralda”, powiedziała: „I tak byłam już nieco znudzona”.

Po śmierci męża i „aferze Worlocka” Anna Haycraft opublikowała jeszcze jedną powieść zatytułowaną Fairy Tale, by później usunąć się w domowe zacisze. W 2003 r. stwierdzono u niej złośliwy nowotwór płuc. Jej przyjaciółka, pisarka Beryl Bainbridge, mówiła, że Anna przyjęła diagnozę ze spokojem i bez lęku. Gdy interwencja chirurgiczna oddaliła perspektywę śmierci, Haycraft z wrodzonym sobie dystansem powiedziała: „Samolot odleciał beze mnie. Wciąż będę płacić podatki i borykać się z kontrolami skarbówki. Jakież to irytujące”.

Anna Małgorzata Haycraft vel Alicja Thomas Ellis oddała duszę Bogu 8 marca 2005 r. Miała 72 lata.


"Moja wojna z Worlockiem"

Wygląda na to, że ludzie zaczynają zastanawiać się nad przyczynami zwłoki w wyznaczeniu nowego arcybiskupa Liverpoolu. Pojawiają się obawy, że może to oznaczać odrzucenie dzieła abp. Teodoryka Worlocka. Jeżeli tak nie jest, to być powinno. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują katoliccy wierni z Liverpoolu, to kolejny progresista. Można jednak zapytać: dlaczego nikt się nie odzywał, kiedy abp Worlock jeszcze żył? Odpowiedź brzmi — ludzie odzywali się, tyle że niewielu chciało ich słuchać. Media, jak się zdawało, łyknęły autoreklamę arcybiskupa, ci zaś, których poglądy pozostawały w konflikcie z jego poglądami, byli skutecznie uciszani.

Przywódcy wielkiego posoborowego ruchu — tego „cudownie otwartego” ruchu Ludu Bożego — potraktowali pragnienia zwykłych ludzi arogancko i z lekceważeniem, wyrażając jedynie irytację, gdy ktoś kwestionował ich działania. Usiłowałam kilkakrotnie skontaktować się z arcybiskupem i podobnie jak wielu, wielu innych byłam odprawiana z kwitkiem. Jeden z moich przyjaciół stracił dzień, uganiając się za nim po całym Liverpoolu. Obiecywano mu, że arcybiskup będzie w tym czy tamtym miejscu o tej czy siamtej godzinie, po czym zawsze okazywało się, że „arcybiskup właśnie odjechał”. Przyjaciele abp. Worlocka wołają jednak: „Patrzcie, ile ten człowiek zrobił dla ruchu ekumenicznego!”. Odpowiadamy: „A zobaczcie, co zrobił Kościołowi”. Gdy idzie o uczestnictwo we Mszy św., Liverpool, niegdyś najbardziej katolickie miasto w Anglii, znajduje się na samym dole statystyk. Odnotowano ogromny spadek powołań i konwersji. I to Teodoryk Worlock stał na czele diecezji, z której wyszły niedorzeczne „Weaving the Web” oraz „Here I Am” [1]. Wielbiciele arcybiskupa odpowiedzą: „Nie mamy już więcej sekciarskich problemów w Liverpoolu”. Oczywiście, że nie. Nadal borykamy się z ogromnym natężeniem przemocy — prawdopodobnie większym niż kiedykolwiek — ale ludzie, których wiarę zniszczono, nie widzą powodów, aby robić szum wokół religii [2]. Ekumenizm zdaje się polegać na tym, że coś czystego i silnego miesza się z czymś słabym i brudnym, następnie przycina się to coś tu i tam, obserwując jednocześnie, jak pustoszeją kościoły, by w końcu pogratulować sobie postępu.

W czasie soboru nazbyt wielu tak zwanych pasterzy, oddając się poszukiwaniu błędów i wystawiając wiernych na ogromne niebezpieczeństwo duchowe, zmieniło się w niegodne hybrydy owcy i wilka. Stało się tak, ponieważ — niech Bóg ma nas w swej opiece! — owi pasterze bali się, że ktoś uzna ich za nie dość intelektualnych, za bigotów bez pojęcia o współczesnych nurtach myślenia albo dlatego, że chcieli uchodzić za śmiałych reformatorów. Przyjęli mieszaninę nowych — czy może raczej beznadziejnie starych i odgrzanych — pomysłów i koncepcji i przywlekli je do domu, by działać nimi na nerwy całej reszcie wiernych. Działo się to w latach 60. Ideologia New Age zainfekowała Kościół i wprowadziła zamęt wśród wierzących. Zachęcano nas, byśmy kwestionowali i, gdyby przyszła nam na to ochota, odrzucali wszelkie doktryny, które mogłyby nie pasować do „naszego wewnętrznego ja” lub które obrażałyby naszą ¬amour propre [3].

Niechaj katolicy optujący za zmieniającym się Kościołem idą się bawić gdzie indziej. Za jakiś czas ich pomysły wydadzą się równie groteskowe jak wszystko, co pojawiło się w latach 60. — wliczając katedrę liverpoolską (oto świątynia, którą chciałabym przebudować).

Ps. Tym, którzy chcieliby zapytać, dlaczego atakuję arcybiskupa po śmierci, odpowiadam: dlatego, że za życia zwyczajnie odmawiał odpowiedzi na moje pytania. Błagałam, aby stanął na ubitej ziemi, ale nie chciał.

(Tekst został opublikowany 3 maja 1996 r. w tygodniku „Catholic Herald”. Przełożył Paweł Długosz}.

[1] Wywołujące kontrowersje, zawierające błędy doktrynalne i powszechnie krytykowane programy katechetyczne diecezji liverpoolskiej.
[2] W latach 60. XX wieku zwolennicy „ekumenizmu” lansowali tezę, że przemoc na ulicach portowego i przemysłowego Liverpoolu, zamieszkiwanego przez większą niż w innych rejonach Brytanii społeczność katolików, jest w dużej mierze skutkiem napięć na tle religijnym. Czas i spadek zainteresowania życiem religijnym przy jednoczesnym wzroście przestępczości negatywnie zweryfikował ich poglądy.
[3] Amour propre, fr. ‘miłość własna, próżność’.


"Naprawdę wzdycham: O Boże!"

W Teksasie poszłam na Mszę do kościoła zbudowanego według nowej katolickiej mody: spektakularnie szarego, banalnego, pustego, zbudowanego na okręgu i to prawdopodobnie ogromnym kosztem, gdy tymczasem stary kościół został zburzony lub pozostawiony na pastwę losu. Chodzi o to, że ksiądz nie powinien się wyróżniać lub w jakikolwiek sposób wywyższać ponad zgromadzenie, które powinno rozsiąść się wokół niego niczym stado hien. Skoro jednak nie jest jak Janus [1] i nie ma drugiej twarzy z tyłu głowy, to, aby widzieć wszystkich, będzie musiał w trakcie nabożeństwa wirować jak balerina. Biorąc pod uwagę niektóre idiotyzmy, które narzucono wiernym, nie byłabym szczególnie zdziwiona, jeśli tak by się właśnie stało. Obecnie jednak ten mały problemik został rozwiązany przez ustawienie wiernych w coś jakby kształt banana.

W drzwiach przywitała nas uściskiem dłoni jakaś świecka osoba, tym razem mężczyzna, a gdy usiedliśmy, powitała nas pani stojąca naprzeciwko jednego końca banana — ksiądz znajdował się na drugim. Za ową panią siedział chór. Od razu zapadłam w mój zwyczajowy trans, będący jedynym sposobem, dzięki któremu mogę przetrwać „nową Mszę”, nie pomstując głośno na liturgiczne dziadostwo, w które „reformatorzy” zmieniają obrzęd. Zbudziłam się na początku Gloria, gdy zgromadzenie zaczęło rytmicznie klaskać, a ponownie podczas Ojcze nasz, gdy wszyscy złapali się za ręce. Potem przyszedł „znak pokoju”, kiedy każdy się wiercił, wyciągał i obracał (uśmiechając się jednocześnie) po to, aby uścisnąć tyle ciał, ile to tylko było możliwe. Wszyscy przyjęli Komunię (do ręki oczywiście) poza mną, bo zamiast być w stanie łaski, byłam w stanie skrywanej furii. Czuję się zupełnie tak samo, gdy idę na bal dla dzieci w śmiesznym kapeluszu na głowie i bawię się w „Stary Donald farmę miał”. Nie mam pięciu lat, na litość Boską. „Ech…” — westchnęłam, przechodząc obok księdza, który teraz usilnie próbował potrząsnąć dłonią każdego z uczestników. „Nie podobało ci się?” — zapytał nasz przyjaciel ze zdziwieniem. „Nie, nie podobało” — powiedziałam. Zapytał, czy to nie było lepsze od siedzenia w ciszy z tyłu katedry. „Nie” — powiedziałam ponownie. Przestałam próbować wyjaśniać młodszemu pokoleniu, że podczas tradycyjnej Mszy nie jesteśmy jedynie biernymi widzami, ale głęboko wnikamy w tajemnicę, świętość, poczucie czci, świadomość Obecności tak pewnej jak to, że istnienia piekła nie odczuje się w panującej teraz nazbyt często atmosferze przedszkola.

Przy całym tym niekończącym się gadaniu o „uprawnieniach świeckich”, o przyznaniu nam „roli w sprawach Kościoła”, skończyliśmy na tym, że traktuje się nas jak nierozumne dzieciaki, zbyt głupie, zbyt niedojrzałe, aby pojąć cokolwiek, co zalatuje teologicznymi trudnościami: wszystko musi być osłodzone, rozcieńczone, uproszczone i przetarte jak papka dla niemowląt. Żadnej winy, z pewnością żadnej pokory i nic, co mogłoby wystawić na próbę naszą inteligencję. Postawa „reformatorów” jest głęboko ubliżająca, protekcjonalna w najgorszy z możliwych sposobów, a gdy się skarżymy, oni obrażają się i mówią ze złością, że to wszystko dla naszego dobra — a my tacy niewdzięczni! Sytuacja w Kościele coraz mniej wyglądają jak rezultat cyklicznych zmian, a coraz bardziej jak całkowita destrukcja, akt ikonoklazmu, wandalizm na skalę wcześniej niespotykaną.
Później poszliśmy na lunch. Dostałam panierowanego kurczaka z frytkami — coś absolutnie obrzydliwego, co jednak nie wydawało się w tych warunkach nieodpowiednie. Smutny, mdlący dzień: w kółko, czy może raczej w banana. O Boże!

[1] Janus — jedno z najważniejszych bóstw staroitalskich. Był bogiem wszelkich początków, a także opiekunem drzwi, bram i mostów, patronem umów i układów sojuszniczych. Przedstawiano go z dwiema twarzami (z przodu i tyłu głowy) mającymi symbolizować władzę nad ziemią i niebem, lub nad przeszłością i przyszłością.


"Prawdziwy Kościół"

Grupa zapaleńców — modernistów pełnych nowych, inteligentnych pomysłów — opracowała ankietę z pytaniami o to, czy „lud” życzy sobie reform w Kościele. Pewni siebie czekali odpowiedzi, spodziewając się dużego zapotrzebowania na kobiety-księży, gejów¬ księży, albo, najlepiej, nieksięży (istnieje ruch, który pragnie, by kapłani zostali zastąpieni przez „przewodniczących”) i na wszystkie inne „ożywcze idee”, które wysmażyli. Rzeczywista reakcja okazała się jednak rozczarowująca: wielu pragnie reform Kościoła, ale nie takich, jak sugerowali moderniści. To, czego ludzie chcieli, to powrót ich Kościoła, prawdziwego Kościoła, a nie nowy Kościół.
Istnieje ogromne i całkiem zrozumiałe zamieszanie zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz [Kościoła]. I nie jest ono w najmniejszym stopniu zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę to, co się dzieje. Szeregowy katolik zwykle ma niewiele czasu czy ochoty, by interesować się poziomem katechezy i może nawet nie być świadom, że w szkole karmią jego dzieci herezją, a jego proboszcz wygaduje bzdury. Na przykład takie księżowskie gadanie o dzieciakach budujących zamki z piasku, o chwale nowoczesnej architektury czy Bogu tańczącym z radości może wydawać mu się bez zarzutu, ale kryją się za nim wątpliwe teologie, nawiązujące do inspirowanej gnozą „duchowości stworzenia”. Niektórzy biskupi zachęcają w swoich diecezjach do nauczania teologii eministycznej, kreacjonistycznej [1] i politycznej[2] a także teologii wyzwolenia — jak ktoś zauważył, jedyną odrzucaną obecnie herezją jest ortodoksja — a każdy, kto śmiałby kwestionować wartość tych coraz bardziej przestarzałych poglądów, jest zdecydowanie uciszany. Obłąkańczy feminizm jest wciąż wszechobecny z tą swoją religią czczącą boginie; czarownice od białej magii, najwyższe kapłanki i okultystyczne idee wraz z permanentnym oczernianiem tradycji i „patriarchatu” są hojnie głoszone każdemu, kto jest dostatecznie głupi, by tego słuchać.
Jeden z artykułów w świetnym magazynie „Christian Order”[3] cytuje słowa redaktor naczelnej „Newsletter of the Catholic Women’s Network” z marca 1997 r. mówiące o „cierpieniu, którego doznała podczas ubiegłorocznej Wigilii Paschalnej z powodu otwarcie seksualnego i związanego z przemocą obrzędu, gdy kapłan zanurzał paschał w wodzie święconej”. Podobno pewien katolicki ksiądz poprosił swoje zgromadzenie o podpisanie dokumentu odrzucającego nauczanie Kościoła sprzed Vaticanum II, a inny jest członkiem Sea of Faith [4], organizacji utrzymującej, że Bóg jest ludzkim wymysłem. Niektórzy księża wydają się wcale nie wierzyć w Boga — nie wspominając o prawdach wiary — i nie sposób zrozumieć, dlaczego nie wybrali sobie jakiegoś innego zajęcia.

Istnieje też fałszywy ekumenizm, który wymaga od nas, byśmy schowali nasze mózgi do komórki pod schodami i przyjmowali wszystkie stare błędy po to tylko, by kogoś nie obrazić. Próbuje się te błędy ubierać w pozory szacowności. Ich zwolennicy, gdy zwracają się do szerokiego ogółu, próbują wyglądać na niemal zdrowych na umyśle, a to pogłębia zamęt. Nie możemy spędzić całego życia na przyglądaniu się, czy pod owczą skórą nie kryje się oszalały wilk — niewielu z nas chciałoby, aby skóra została zdarta, a zwierz ujawnił swe prawdziwe oblicze. „Nowe myślenie” sporo zaczerpnęło z założeń Madame Blavatsky [5], mającej olbrzymi wpływ na ideologię narodowego socjalizmu. Zło może ukrywać się pod maską pospolitej głupoty — aż się w końcu nie przebudzimy po to, by odkryć, jak silną zajęło pozycję. Prawdziwe chrześcijaństwo słynie ze zdrowego rozsądku, a gdy go braknie, nie ma już naszej religii, lecz coś zupełnie innego.

1. Nie idzie o kreacjonizm, ale o wspomniane wcześniej przez autorkę inspirowane gnozą poglądy, których częścią jest „duchowość stworzenia”.
2. Teologia polityczna — wielowątkowa i wieloaspektowa refleksja dotycząca relacji i analogii strukturalnych pomiędzy transcendencją a immanencją, religią a polityką oraz Kościołem a państwem; termin pochodzi od Panajtiosa z Rodos. Krytyka założeń t.p. przez św. Augustyna skłania niektórych autorów do podważania czy wręcz negowania zasadności posługiwania się tym terminem w odniesieniu do autentycznego nauczania katolickiego.
3. „Christian Order” — założony w 1960 r. w Wielkiej Brytanii katolicki miesięcznik o konserwatywnym i tradycyjnym profilu. Jego pierwszym redaktorem naczelnym był ks. Paweł Crane SI.
4. Sea of Faith (w skrócie SofF) — założona w 1986 r. organizacja mająca na celu „poznawanie i promowanie wiary jako konstruktu ludzkiego”. Założycielem SofF jest anglikański pastor, teolog i filozof, Don Cupitt, były dziekan Emmanuel College w Cambridge.
5. Madame Blavatsky (Jelena Pietrowna Bławatska, 1831–1891) — rosyjska pisarka i współzałożycielka Towarzystwa Teozoficznego, stworzyła podstawy teozofii, była okultystką, medium spirytystycznym i twórcą teorii ras mającej wpływ na niemiecki narodowy socjalizm. Wydawała pisma teozoficzne „The Theosphist” i „Lucifer”.

28.12.2010

Z premedytacją.

Dopiero dziś - z premedytacją, a nie przez zapomnienie - wszystkim Przyjaciołom i Nieprzyjaciołom, Znajomym i Nieznajomym, a szczególnie tym wszystkim, do których dawno powinienem był się odezwać, a nadal tego nie uczyniłem, składam życzenia Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia. Nie dajcie się zwieść – Boże Narodzenie wciąż trwa!

Sam otrzymywałem życzenia już od początku Adwentu. Niby nic złego, ale mam nieodparte wrażenie, że z biegiem czasu wszystko, co powinno dziać się w czasie Świąt – które przecież nie trwają od „pierwszej gwiazdki” do popołudnia w dzień świętego Szczepana, ale aż do Trzech Króli! – wydarza się już w Adwencie. Począwszy od tego, że pastorałki i choinkowe ozdoby zaczynają towarzyszyć nam już po Wszystkich Świętych, przez adwentowych domokrążnych młodocianych kolędników żądnych brzęczącej mamony już na początku grudnia, koncerty kolędowe grubo przed Niedzielą Gaudete, przez klasowe, firmowe, kursowe, środowiskowe, stowarzyszeniowe i Bóg jeden wie jakie jeszcze „wigilie” i „spotkania opłatkowe” (najzupełniej niepostne, tak jeśli idzie o jadło jak i napitki). I tak aż do Bożego Narodzenia.

Człowiek przestaje się dziwić, że gdy zaczynają się prawdziwe Święta jest zmęczony i sfrustrowany – bo „święta” już były! Nawet pobożny chrześcijanin rozgrzesza się w takiej sytuacji z myślozbrodni jaką jest przemożna chęć wytargania za farbowane kudły ciotki mówiącej w drugi dzień Świąt: „święta, święta i po świętach”… Już nawet składanie życzeń w Boże Narodzenie wieczorem traktowane jest jako faux pas, a adresat czuje się niemal zapomniany.

Przyznać jednak należy, że w Polsce i tak nie jest źle. W Zjednoczonym Królestwie „przedświęta” trwają jeszcze dłużej (nie przeszkadza im smutna atmosfera polskich Zaduszek), a samo Boże Narodzenie to zaledwie jeden dzień, którego głównym punktem jest rodzinny obiad. Później pozostaje już tylko spotkanie z przyjaciółmi w pubie i noc spędzona w kolejce przed centrum handlowym, bo kolejnego dnia ruszają wielkie „poświąteczne” wyprzedaże. Na horyzoncie zaś majaczy już odarta z wszelkiej powagi postać św. Walentego. I pomyśleć, że dzieje się to w kraju, w którym wszystkie chyba dzieci potrafią zaśpiewać wesołą piosenkę o DWUNASTU dniach Świąt Bożego Narodzenia.

Treść niby banalna i jakby pozbawiona sensu, ale czyż Bóg nie „wybrał tego co głupie w oczach świata, by mędrców zawstydzić”?



Okazuje się, że jeszcze na początku XX wieku piosenka ta służyła jako pomoc katechetyczna, bowiem ma ona swój klucz, a na równi z symbolami ważne są liczby. Ta sama tradycja mówi nawet, że piosenka była swoistym szyfrem, za pomocą którego przekazywano dzieciom zasady Wiary katolickiej, gdy ta była w Anglii prześladowana (trudno orzec czy to prawda, bo nie kryje się tam nic, co byłoby sprzeczne z doktryną „Kościoła Anglii”). W myśl tej tradycji:

„Moje kochanie” (w oryginale to wieloznaczne angielskie ‘true love’ – prawdziwa miłość), to Bóg; „ja” zaś to każdy katolik; kuropatwa na gruszy to Chrystus – co tłumaczy się porównując Zbawiciela do kuropatwy, która udaje zranienie, by odciągnąć drapieżnika od swych dzieci, grusza zaś była symbolem miłości i czułości macierzyńskiej; dwie turkawki (gołębice) to natchnione przez Ducha Św. Stary i Nowy Testament; francuskie kokosze to Wiara, Nadzieja i Miłość; cztery śpiewające ptaszęta to ewangeliści Mateusz, Marek, Łukasz i Jan; pięć złotych obrączek (pierścieni), to Pięcioksiąg Mojżesza; sześć niosek to sześć dni stwarzania świata; siedem pływających łabędzi, ptaków symbolizujących piękno i doskonałość, to Siedem Darów Ducha św. (mądrość, rozum, rada, męstwo, umiejętność, pobożność i bojaźń Boża), lub Siedem Sakramentów; osiem mleczarek, to Osiem Błogosławieństw; dziewięć tańczących panien to owoce Ducha św., czyli miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, skromność i opanowanie, dziesięciu panów to Dekalog; jedenastu flecistów to jedenastu prawowiernych Apostołów, a dwunastu doboszy ma symbolizować dwanaście części Składu Apostolskiego.

Nie wszystko jest więc takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.