05.05.2010

Wrony i sokoły

Episkopat jaki w Polsce pozostawił po sobie Jan Paweł II, jego ogólna kondycja, pozostawia wiele do życzenia, choć fakt, że osobą współodpowiedzialną za kształt Konferencji był nuncjusz Kowalczyk do spółki z księdzem Dziwiszem może stanowić pewne usprawiedliwienie poprzedniego Pontifexa. Oczywiście o ile w ogóle można próbować usprawiedliwiać Biskupa Rzymu odpowiedzialnego za cały Kościół Chrystusowy z niewłaściwego doboru przyjaciół skutkującego – na co wiele wskazuje – jego ubezwłasnowolnieniem. Każdy, kto opiekował się człowiekiem chorym na Parkinsona wie (tak, jak autor niniejszego tekstu), że w ostatnich latach swego życia Jan Paweł II miał niewielki wpływ na rządzenie Kościołem. A skoro nie brał pod uwagę dymisji, to powinien, roztropniej zadbać o powierzone mu dziedzictwo, gdy jeszcze był w stanie to zrobić.

Mniejsza. Ważne, że w ogólnej mizerii złożonej z chłopów oderwanych od pługa, którymi manipulują lewicujący myśliciele czerpiący zadowolenie ze słuchania samych siebie oraz karierowicze rejestrowani jako TW i KO pojawiają się wyjątki. Oczywiście nie urodzi wrona sokoła, ale Kościołowi sokoły wcale nie są potrzebne. Wystarczą biskupi świadomi własnych ograniczeń, którzy budowaliby na fundamencie magisterium i łaski, a nie na najzupełniej złudnym przeświadczeniu o własnych talentach.

Nigdy bym nie przypuszczał, że po latach doświadczeń płynących z bycia owieczką arcybiskupa Gądeckiego przyjdzie mi powiedzieć coś dobrego na temat jego biskupiej posługi. Kolejne miesiące pasienia się na łąkach nieszczęsnego Malcolma McMahon, biskupa Nottingham, dały mi jednak potrzebny dystans.

Arcybiskup Gądecki to człowiek zupełnie pozbawiony polotu, co chyba najbardziej manifestuje się w absolutnym braku poczucia humoru, otaczaniu się miernotami i niezwykłym talencie do zrażania sobie ludzi w osobistych kontaktach (choć może właśnie te cechy pozwoliły mu dość sprawnie uporządkować sytuacją zastaną w Poznaniu po niezwykle barwnym okresie rządów abpa Paetza – w końcu bycie lubianym nie jest zadaniem biskupa). Taka wewnętrzna konstytucja poznańskiego arcypasterza, choć niosąca opłakane skutki dla miejscowych tradycjonalistów, okazuje się wartością dla Kościoła. Dobrym na to dowodem jest znakomite, bo ortodoksyjne, proste i wolne od jakichkolwiek fajerwerków kazanie, które arcybiskup Gądecki, wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu, wygłosił na Jasnej Górze w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski.

Całość można przeczytać tutaj, ale moją szczególną uwagę zwróciło kilka kapitalnych fragmentów, które cytuję poniżej. Fakt, że znalazł się hierarcha, który wygłosił takie słowa - przemilczane przez media, bo choć dosadne, to nie nadające się na pretekst do nagonki, jak niezwykle subtelne kazanie arcybiskupa Gołębiewskiego, który w mądrości swojej cytował psalm o "panowaniu prawa i sprawiedliwości" - to dobry znak dla Kościoła w Polsce. Znak, który dodatkowo stanowi przeciwwagę dla najzupełniej idiotycznych wezwań pewnego „filozofa” do biegania ze szczoteczkami do zębów na groby sowieckich sołdatów.

Abp St. Gądecki, Jasna Góra, 3 maja 2010:

„Tragedia z 10 kwietnia, a także cały ciąg wydarzeń, które po niej nastąpiły, pokazują, jak głęboko Kościół wpisany jest w życie narodu i naszej Ojczyzny. Tragedia ta po raz kolejny uświadomiła nam, że jedynym wspólnym językiem symbolicznym, jaki posiadamy, jest język Kościoła (…).”
„Nasz rozum dostrzega [w Kościele] przede wszystkim element ludzki. Dostrzega Kościół złożony z ludzi i dla ludzi, z możliwością wielkości i małostkowości, bohaterstwa i wielkich upadków, jakie niesie ze sobą ludzka wolność”.

„Dlatego ten Kościół jest nowoczesny nie wtedy, kiedy idzie za ludzkimi zachciankami, ale kiedy coraz bardziej upodabnia się do Chrystusa. Jego zadaniem jest bowiem czynienie Boga widzialnym, przez nieustanne odnawianie się i oczyszczanie pod wpływem Ducha Świętego”.

„Kościół cierpi ból z powodu grzechów i niewierności swoich dzieci. W jego łonie toczy się walka sprawiedliwości i grzechu, nawrócenia i zatwardziałości w złym. Augustyn pisze o Rebece, w której łonie walczą między sobą dwaj bracia: <>. Ten ból jest tym bardziej gorzki i tym dotkliwszy, że rana zostaje zadana od wewnątrz. Każdy grzech dotyka samych wnętrzności Kościoła, a ból rozchodzi się po całym Ciele i każdy kto rzeczywiście należy do organizmu Kościoła nie może pozostać wobec niego obojętny”.

„Pokonany na niebie i strącony na ziemię, szatan kontynuuje walkę z potomstwem z chrześcijanami. Z tymi, <> (Ap 12,17). W walce z Kościołem szatan sprzymierza się z Bestią, czyli posługuje się ziemskimi władcami, państwami i ideologiami, które usiłują nagiąć rzeczywistość do swoich utopii. A to naginanie nie może się - koniec końców - dokonać bez odwołania się do użycia przemocy (…).”

„Najpierw Chrystus pragnie królować w naszych sercach, a dopiero stamtąd - nad całym światem. Tylko my możemy stać się przeszkodą w Jego pełnym miłości władaniu nad światem: w rodzinie, w społeczeństwie, w historii. Od nas zależy decyzja; chcę wprowadzać w czyn sprawiedliwość, czy niegodziwość; miłość i przebaczenie, czy też zemstę i zabójczą nienawiść”.

„On [ks. Jerzy Popiełuszko] w bolesną i zakłamaną współczesność starał się przede wszystkim wprowadzić rządy Boga. Był bowiem przekonany, że człowiek bez Boga, bez modlitwy, bez ideałów jest podobny do okaleczonego ptaka, który ma jedno skrzydło złamane. Nigdy nie wzbije się w górę, by zobaczyć głębszy sens swojego bytowania na ziemi (Kazanie ks. Jerzego z 24.04.1983)”.

„Mamy przepajać duchem Ewangelii rzeczywistość doczesną, wnosząc w ten sposób własny specyficzny wkład w pomnażanie dobra wspólnego. I nie jest to rzecz bagatelna, to obowiązek sumienia, wynikający z naszego chrześcijańskiego powołania, a sumienie mają przecież wszyscy, którzy chcą je mieć”.

„Dla współczesnego kapitalizmu stało się konieczne, by dzieci nigdy nie wydoroślały a dorośli, by ponownie zdziecinnieli (…). Na pierwszym miejscu zostało postawione nienasycone posiadanie nowości, które bezmyślnym przynosi wrażenie rozwoju (…) Spojrzenie na supermarkety w niedzielę stanowi przygnębiający przykład postępującej degeneracji dzisiejszej kultury”.

Ponieważ tak wielu z nas żyje jedynie według czysto pragmatycznych zasad, dążąc do przyjemności, bogactwa lub władzy, dlatego grozi nam utrata duchowych podstaw, na których opiera się nasza wolność. Żeby ją utrzymać, potrzebna jest zgoda oparta na prawdzie. A nie jest to wcale opinia większości, która to większość kieruje się często modą, namiętnościami, ideologią, albo grupowym interesem. Konsens to raczej dobro moralne, które zyskuje publiczne przyzwolenie. Tak, demokracja to coś więcej niż polityczny eksperyment. To przedsięwzięcie duchowe i moralne, którego sukces zależy od cnót obywateli".

---***----

Jeśli wrażliwcom przeszkadza krytyka biskupów, to muszą mieć świadomość, że autor bloga, jako człowiek żyjący na co dzień w otoczeniu ateistów, agnostyków i (nie)formalnych apostatów, którzy jednak nie unikają poruszania tematów związanych z życiem Kościoła (także w mailach, na które niekiedy odpowiadam postami w blogu), nie może – jak owi wrażliwcy – pozwolić sobie na luksus niemyślenia. Kardynał Newman napisał kiedyś, że duchownych od świeckich różni jedynie łaska – nie sądzę, by ta łaska wiązała się z jakimś rodzajem immunitetu.