07.12.2009

Niderlandy, pewna nominacja i kulturowe zderzenie.



Niegdyś na hasło Holandia pierwsze myśli biegły ku wiatrakom, tulipanom, rowerzystom i serowi gouda, a także ku Rembrandtowi i Vermeerowi. Niestety, dziś nazwa tego pięknego kraju budzi głównie złe skojarzenia: wspomagane samobójstwa, aborcja na życzenie, legalizacja narkotyków, zorganizowana prostytucja, związki homoseksualne i islamska mafia. To spora zmiana.

W dziedzinie religii Niderlandy kojarzone są głównie z protestantyzmem, co oczywiście jest prawdą, ale nie całą. Wiele osób nie ukrywa zaskoczenia, gdy dowiaduje się, iż jeszcze w latach 60. XX wieku Holandia, jej katolickie prowincje, była krajem, który kardynał Ratzinger wspominał jako „prawdziwą twierdzę tradycjonalizmu i wierności Rzymowi”. Z kolei Jan Paweł II w „Darze i Tajemnicy”, przywołując swój pobyt w Niderlandach w roku 1947, pisał: „Uderzyła mnie niezwykle mocna struktura Kościoła i duszpasterstwa w tym kraju, prężne organizacje i żywotne wspólnoty kościelne”. I Również w tej dziedzinie sytuacja uległa zmianie. I to do tego stopnia, że gdy pracę w Holandii rozpoczynał ks. Andrzej Komorowski z Bractwa Św. Piotra, to pocieszaliśmy się gorzko, że do Ojczyzny wróci już niebawem, gdy tylko namaści ostatniego umierającego katolika.

Po tym przydługim wstępie chcę przekazać dobrą, choć w żadnym razie nie przełomową wiadomość, która pojawiła się w holenderskich tradycjonalistycznych blogach. Otóż ordynariusz Utrechtu i prymas Holandii abp Wim Eijk mianował rektorem katedry św. Katarzyny ks. Harry’ego Van der Vegta, proboszcza w Augustinuskerk i u św. Willibrorda, który znany jest ze swej przychylności względem środowisk tradycyjnych katolików i tego, że sam celebruje w rycie klasycznym. Ks. Van der Vegt obejmie swój urząd pierwszego stycznia 2010 r. Holenderski bloger Erik van Goor, pisze, że ks. Van der Vegt to „powściągliwy, ale nieugięty chłopski syn, który nie tocząc żadnych politycznych rozgrywek, ani nie wykazując się wobec Kościoła żadną nielojalnością – co w Holandii nie jest częste – jest człowiekiem wiernym tradycji Kościoła”.

Nominacja ks. Van der Vegta stanowi niemałe zaskoczenie, ponieważ abp Eijk, choć uznawany za konserwatywnego (mianował go w 2007 r. papież Benedykt XVI), dotąd bynajmniej nie dał się poznać jako zwolennik tradycjonalizmu i Mszy sprawowanej w rycie klasycznym. Jednak jego gest budzi niepokój modernistycznego holenderskiego kleru, bo hierarcha doprowadził do uregulowania sytuacji tradycjonalistów uczestniczących we Mszach u św. Willibrorda nakazując coniedzielne celebracje tridentiny (dotąd odprawiali tam raz w miesiącu księża z Bractwa Św. Piotra, wśród nich właśnie Andrzej Komorowski), a także celebrowanie NOM języku łacińskim.

Warto dodać, że XIX wieczny kościół św. Willibrorda, znakomity przykład odrodzenia architektury gotyckiej i ożywienia holenderskiego katolicyzmu, był na przełomie lat 60. i 70. XX wieku symbolem erozji Kościoła w Niderlandach. W roku 1967 został bowiem zdekonsekrowany, a władze diecezji postanowiły o jego zburzeniu, jednak w końcu budynek sprzedały. Zajął go kapłan assumpcjonista (gałąź augustianów) i kościół nadal służył wiernym chcącym zachować Mszę w jej tradycyjnym rycie, wśród których był Joseph Luns, sekretarz generalny NATO i holenderski minister spraw zagranicznych. W tej chwili oczekuje się, że prymas Eijk we współpracy z księdzem Van der Vegtem utworzy u św. Willibrorda parafię personalną związaną z Vereniging voor Latijnse Liturgie (stowarzyszenie na rzecz liturgii łacińskiej), które promuje używanie łaciny i chorału gregoriańskiego w obu formach liturgii rzymskiej. Biuletyn parafialny zapowiada, że wszystkie Msze znów są celebrowane wyłącznie ad orientem, w języku łacińskim i z oprawą chorałową.

I jeszcze dwa słowa o pewnym cywilizacyjno-kulturowo-religijnym zderzeniu, którego świadkiem byłem tutaj, w Anglii. Otóż część zakupów robię w pobliskim sklepie prowadzonym przez pewnego sympatycznego azjatę. Ów ciemnoskóry brytyjski poddany jest hinduistą i zapewne czci jakiegoś niebieskoskórego wielorękiego bożka z głową słonia. Jednak, jako jedyny sklepikarz w okolicy jest uprzejmy zamawiać specjalnie dla mnie egzemplarz The Catholic Herald, a ja rewanżuję się drobnymi zakupami. Dziś jednak przyprawiłem mego orientalnego przyjaciela o rozpacz zwracając uwagę, że niemal cały zamówiony przez niego czekoladowy asortyment będzie musiał poczekać kilka miesięcy. Biedak pomylił świąteczne motywy i pół sklepu zarzucił zajączkami i jajeczkami zgrabnie ustawiając je wokół bombonierek ozdobionych choinką. Byłem poruszony jego nieszczęściem, a powodowany chrześcijańskim miłosierdziem kupiłem kilka zajączków. Roztopię je na polewę do sernika.

Jakub Pytel