16.09.2008

Brytania, diabeł i papiści.



Jutro wylatuję do Wielkiej Brytanii. Mam na Wyspie rodzinę i przyjaciół, z których zaproszenia korzystam. Zdrowie mi nie dopisuje, a angielska pogoda zapewne nie przyczyni się do jego poprawy, ale zrezygnować nie sposób, bo to nie pierwszy mój pobyt w Zjednoczonym Królestwie i rozbudzona ciekawość tego kraju (w zasadzie: tych krajów) daje o sobie znać. Choć Brytanię wojny raczej omijały, to sami mieszkańcy Wyspy robili wiele, by zniszczyć sporą część swego dziedzictwa wszczynając wojny róż, mniej lub bardziej chwalebne rewolucje, czy wpadając w szał zniszczenia szumnie zwany Reformacją. Jednak mimo tych wysiłków interesujące zabytki nadal można znaleźć w najmniejszych nawet miejscowościach. Przykładem jest Boston w hrabstwie Lincolnshire, który będzie moją bazą wypadową w pierwszym okresie pobytu. Będę tam gościem Marcelego, Oli i ich familiares. Później ruszę na północ.

Przez długi czas byłem w podłym nastroju, jednak dzisiejsze spotkanie z ojcem N., zaprzyjaźnionym mnichem, tchnęło we mnie nieco optymizmu. Cóż, może nie wszystkie sprawy, którym poświęcam czas i serce (ostatnio raczej to drugie) idą źle, a jeśli nawet, to w tej chwili – zgodnie z angielskim powiedzeniem – pozostawiam je diabłu i papistom.

JP